moja paranormalna książka
Piszę książkę i z racji tematyki, chciałabym się podzielić jej częścią (konkretnie pierwszą księgą, i pomyślimy co dalej jeśli będziecie bardzo ciekawi dalszych treści), ze wszystkimi wielbicielami czarnych komedii paranormalnych- z piekła rodem
mam jednak dwie prośby
1- do moderatorów- Potraktujcie to proszę jako jeden wielki cytat lub formę sztuki, i postarajcie się przymknąć oko na niektóre bardziej dobitne wyrażenia. Bez nich dialogi staną się suche, sztywne i odrealnione. A chodzi przecież o to, by książka sprawiała wrażenie że jest opisem prawdziwych zdarzeń.
2- do osób niepełnoletnich- jak chcecie czytać, nie mam wam jak odciąć dostępu, ale treść może okazać się dla was zbyt ciężka.
jeśli chcecie, czytajcie, ale nie wińcie mnie jeśli będziecie mieć koszmary.
Będę wrzucała tu co jakiś czas po jednym rozdziale.
Ale zanim pokażę wam pierwszy- krótki wstęp:
Wątek psychologiczny, zawiera treści na temat przypadłości z którą sama się borykam, i z racji tego, że do mojego "skrzywienia" czy "niepełnosprawności" podchodzi się z takim samym dystansem jak do trądu albo AIDS, główna bohaterka postrzega świat w taki sposób jak i ja, a jej historia opiera się częściowo na moich doświadczeniach. Myślę że przez tą tożsamość, książka może zyskać na wiarygodności, ale chodziło mi bardziej o to by przekazać ludziom, reagującym histerycznie na wiadomość że coś mi dolega, też coś o sobie,
mianowicie- nie ślinię się, nie wyglądam dziwnie i nie zarażam.
życzę miłej lektury
MARSZ PRZEZ KRĘGI PIEKIELNE
Księga pierwsza- wpiekłowstąpienie
Rozdział I -tunel
Wyprawa para-archeologiczna na którą się wybrałam, od początku bawiła mnie i drażniła jednocześnie.
Dlaczego „para”-archeologiczna?
Bo ciężko by to było nazwać prawdziwą ekspedycją, skoro ekipa składała się z osób którym tylko wydawało się że wiedzą co robią.
Byli tu dwaj synowie archeologów, był chłopak ze szkoły przetrwania, był też doktor historii który z racji kryzysu wieku średniego, postanowił spełnić swoje marzenie o dowodzeniu taką wycieczką, no i wreszcie- byłam ja. Jedyna dziewczyna w grupie i domorosły spec od demonologii.
Nazywali mnie tu Emo.
Nie wiem czy to bardziej dla tego że miałam zawsze dokładnie zakryte grzywką prawe oko i jedną trzecią twarzy, czy przez to że chodziłam w glanach… Chociaż swoją drogą, taki rodzaj obuwia w górach nie powinien nikogo dziwić, nawet jeśli te moje były ozdobione po bokach kawałkami grubego łańcucha.
Lubiłam łańcuchy. Chodząc brzęczałam trochę jak dusza potępiona. Bawiło mnie to, jak bardzo takie brzęczenie pasuje do moich zainteresowań.
Moją specjalizacją była obrzędowość i legendy, moją pasją, mimo zadeklarowanego ateizmu, były religie i wierzenia świata, moimi ulubionymi tematami, starodawne pismo, języki i talizmany, a moją piętą achillesową- kontakty międzyludzkie.
Pewnie nikt inny z zespołem Aspergera nie zakwalifikowałby się na wyprawę w której trzeba się stale dogadywać z grupą, ale ja byłam jej sponsorem, więc grupa nie bardzo miała jakiś wybór w kwestii tego czy mnie zabrać.
Miałam tylko rozpoznawać rzeczy które oni może, przez przypadek wykopią, więc nie nastawiałam się na brak nudy- a tu proszę, mimo że z miejscem wykopalisk nie kojarzyło się nawet pół legendy, miałam ręce pełne roboty przy coraz to dziwniejszych obiektach, cudem wykopywanych ze starych, zapomnianych, tysiącletnich ruin niewielkiego zamku, z którego zostało już tylko kilka niewysokich murków i kupa kamieni.
Siedziałam trzymając nogi na blacie stołu i odchylając się na tylnych nogach jedynego porządnego krzesła w bazie.
I To było moje krzesło…
Okupowałam je już od pierwszego dnia wyprawy, a kiedy ktoś inny na nim usiadł, bez ostrzeżenia go zrzucałam, wyciągając mu mebel z pod tyłka.
Tak wiem, że inne dziewczyny tak by nie zrobiły i może rzeczywiście mało to było kobiece, ale nigdy nie interesowały mnie typowe babskie sprawy .W głębokim poważaniu miałam zakupy, modę i makijaż, który robiłam czasem, tylko i wyłącznie z nudów.
Bardziej interesujące było dla mnie to co trzymałam w dłoni- najnowsze znalezisko kolegów dłubaczy;
ciężki, okrągły, złoty medalion z wielkim odwróconym pentagramem i znakami runicznymi wyskrobanymi wszędzie gdzie tylko się dało, które mozolnie odczytywałam składając zbitki znaczeń w logicznie brzmiące zdania i przepisywałam te tłumaczenia w odpowiednie miejsca na rysunku medalionu w moim szkicowniku.
A myślałam że będę rysować tylko górskie krajobrazy…
Straciłam jednak zainteresowanie medalionem już po paru minutach gdy dowiedziałam się kto był przedmiotem westchnień dawnego właściciela nieporęcznej ozdoby.
Westchnęłam ciężko i machnęłam ręką na kierownika wyprawy który siedział opodal i drapał się po brodzie z niecierpliwości. Swoją drogą, gość cały czas drapał się po tej brodzie jak najęty, aż zaczęłam podejrzewać że ma tam wszy. Nie powiedziałam mu o tym wprost ale profilaktycznie, pilnowałam by zawsze utrzymywać odpowiedni dystans.
-To sekta Belzebuba- powiedziałam z wyczuwalną nutą rozczarowania w głosie- Uwaga, geneza obiektu- zaczęłam gdy już usiadł bliżej mnie na stołku polowym- medalion jest ręcznie zrobiony ze złota albo pozłacany, ten kamień na środku, może być rubinem, więc w skład sekty wchodziła pewnie bogata arystokracja. Używany prawdopodobnie we wczesnym średniowieczu, kiedy jeszcze nie bardzo wiedzieli o co z tymi aniołami i demonami chodzi. Belzebub był znany od samego początku bo był wyjątkowo obrzydliwy nawet jak na demona i jego imię było stosowane na zmianę z imieniem Szatana. Znaki runiczne są wydrapane bardzo dokładnie więc myślę że były z skądś przepisywane, przez kogoś kto się na nich nie znał. Treść wnętrza dwóch górnych rogów pentagramu to „archanioł piekieł” i „dowódca armii piekielnych” – tytuły które pasują do większości potężniejszych demonów, trzecie ramie gwiazdy „władca much” precyzuje o kogo chodzi. Obrzydliwy władca kupy gówna- Belzebub… fuj… Poza tym jest jeszcze napis na ściance wokół medalionu „Belzebubie, nasz panie, zbaw nas, chroń nas, daj nam moc” druga linijka to „Belzebubie, nasz panie, niewiernych spal, niewiernych dręcz, niewiernych obróć w proch”. My to wyznawcy Belzebuba, niewierni to wszyscy z poza sekty. Reszty nawet nie chce mi się czytać.- podsumowałam rzucając ciężki medalion na stół.
-NIE RZUCAJ TYM! –wydarł się gdy metal brzdąknął o blat
-Spoookoooojnie, to złoto, nie jest zardzewiałe nie potłucze się.- powiedziałam, być może lekko kpiącym tonem.
-Masz się z tym obchodzić delikatnie! I odczytać to do końca!- krzyczał.
Wstałam z krzesła. Byłam trochę wyższa od chuderlawego doktora i wykorzystałam całe swoje metr siedemdziesiąt pięć wzrostu by spojrzeć na niego z góry.
-Po pierwsze, nie tym tonem, panie Trakowski, bo nie zobaczy pan wypłaty- powiedziałam cicho ale wyraźnie.- Po drugie, ta wyprawa to dla mnie urlop, a jeśli urlop przestanie mi się podobać, zabiorę swoje rzeczy i odjadę, a wtedy życzę powodzenia przy szukaniu kogoś kto potrafi odczytywać runy. Po trzecie, nikt inny nie wyłożyłby kasy na tą pańską ekspedycję, a ja zrobiłam to tylko dla tego że aż żal mi było pana samego puszczać z łopatą, na jakieś zapomniane przez boga zadupie.- mówiłam nachylając się nad wiercącym się na stołku mężczyzną, wciąż patrząc mu głęboko w oczy. Wyprostowałam się wycofując z jego strefy bezpieczeństwa, usiadłam na krześle, położyłam buty na stole, odchyliłam się i przewróciłam kartkę w szkicowniku. Kierownik ekspedycji wstał i poszedł do głównego namiotu ekspedycji udając że nic się nie stało.
Świetnie, kolejna osoba która mnie nie lubi… mogłam załatwić to inaczej… Na pewno mogłam… jakoś…
Ale nie miałam pomysłu na to co innego mogłabym mu powiedzieć, czy zrobić żeby mnie zostawił w spokoju i przy okazji nie wytrzeć nim podłogi. Odruch natychmiastowego udzielania aż nazbyt wyczerpujących ripost towarzyszył mi już od dziecka, tylko że dawniej mieli mnie po prostu za rezolutną dziewczynkę, teraz gdy mam już te dwadzieścia lat, powinnam zachowywać się jak dorosła a zamiast tego robię z siebie potwora w ludzkiej skórze. I znowu to zrobiłam, zrozumiawszy że go uraziłam dopiero gdy zobaczyłam jak Trakowski odchodzi. Zagryzłam zęby, wstałam i rzuciłam szkicownik na stół. Pobiegłam za nim do namiotu. Robił herbatę stojąc przy stoliku na mapy.
-Panie Doktorze, chciałam pana przeprosić.- powiedziałam hamując tuż przed stolikiem.
Popatrzył na mnie przybierając niezidentyfikowaną minę. Niezidentyfikowaną dla mnie. Zazdrościłam tym wszystkim osobom które potrafiły trafnie odczytywać ludzkie emocje na podstawie mimiki twarzy.
-Przepraszam- powtórzyłam. Nie mówiłam że nie chciałam go urazić, bo choć była to prawda, jeszcze nikt ze zranionych przeze mnie ludzi w to nie uwierzył.
Kiwnął głową ale nie wiedziałam czy przyjął przeprosiny czy miał zamiar je dopiero rozważać. Korciło mnie strasznie żeby drążyć temat, ale on zaczął iść w stronę wykopalisk, jednak gdy mnie mijał klepnął mnie dwa razy w ramię.
-Sprawdzałem ludzi z którymi miałem pracować, wiem że trzeba brać poprawkę na to co pani mówi. Nawet spotkałem się z pani lekarzem. Co prawda o pani schorzeniu nic mi nie powiedział, ale zalecił zabrać ze sobą herbatę z melisą.- powiedział i wymownie zakręcił płynem w swoim kubku. Najpierw prychnęłam tylko, ale po chwili już śmiałam się do łez. Kochany mój psycholog, wiedział że życie ze mną nie jest lekkie. Historyk po chwili śmiał się już ze mną. Uznałam że konflikt został zażegnany, a była to miła i rzadka niespodzianka. Kierownik wyprawy poszedł w swoją stronę a ja zostałam sama w namiocie.
Z niewiadomych powodów bardzo lubiłam tu siedzieć. Dach na bazie wielokąta foremnego miał jakieś sześć metrów średnicy, wspierały go grube na dwa palce metalowe słupki, a z jednej strony rozciągnięta była plandeka która chroniła od wiatru. Ściana która powinna być po drugiej stronie gdzieś się zgubiła, ale nikomu to specjalnie nie przeszkadzało. W środku, od strony ściany stała polowa kuchenka i kilka skrzynek które robiły za prowizoryczny blat, na skrzynkach miska z wodą była zlewem, a wodę braliśmy ze strumyka który płynął rzut beretem od ruin zamku. Niedaleko głównego namiotu stał mój wytwór- prowizoryczny prysznic zrobiony z beczki z przeciekającym dnem, zawieszonej na drzewie tak wymogła się obracać. Patent polegał na tym że najpierw napełniało się beczkę ciepłą wodą podgrzaną na kuchence, zamykało się ją od góry przeciekającym dnem a potem za pomocą sznurków przekręcało się ją do góry nogami i z powrotem. Cały dzień siedziałam nad ściankami z patyków powbijanych w ziemię i połączonych od góry i w połowie wysokości sznurkiem a do sznurków przywiązałam cienki koc. Podobny kawałek koca położyłam na ziemi poniżej, żeby nie stać w błocie.
Byłam dumna ze swojego dzieła ale chłopaki od razu dali mi do zrozumienia że to miała być męska, brudna, śmierdząca wyprawa a ja im wszystko psuję. Zobaczymy co powiedzą jak zacznie ich obgryzać robactwo.
Nagle moje rozmyślania i monotonne stukanie młoteczków o kamień przerwał głośny huk. Ziemia zatrzęsła się pod moimi stopami, wytrącając mnie z równowagi. Tyczki namiotu powyskakiwały z ziemi, otrzeźwił mnie mój własny krzyk, kiedy ciężki dach z białej plandeki zaczął na mnie spadać. Skuliłam się na ziemi, na którą nie wiadomo kiedy upadłam i zasłoniłam głowę rękami. Poczułam uderzenie w plecy kiedy namiot upadł i przygniótł mnie do ziemi. Z ulgą zauważyłam że nie był tak ciężki jak się wydawał, a nawet jeśli, to płachta wodoodpornego materiału działała jak spadochron. Mój umysł przełączył się na tryb kalkulujący, a myśli przyspieszyły. Analizowałam sytuację wymyślając dziesiątki mniej lub bardziej wiarygodnych wytłumaczeń na to co się stało. Trzęsienie ziemi. Osuwisko. Nie, nie osuwisko. Tąpnięcie. Bomba. Lawina. Gdzie lawina? Wiosną? Lawina kamieni? Źle, wtedy nie byłoby jednego huku. Wyjść ! trzeba z tond wyjść! Zaczęłam krztusić się pyłem.
Położyłam się płasko na ziemi i powoli zaczęłam się czołgać w stronę skraju namiotu.
Idź, idź zanim się udusisz pod tą cholerną gumową plandeką!
Nagle trafiłam ręką w próżnię, z mojego gardła wydobyło się coś między krzykiem a piskiem, serce na sekundę zamarło a myśli wyparowały z głowy gdy omal nie wpadłam do dziury. Zmusiłam się by odetchnąć kilka razy głęboko. Nie wpadłaś tam… spokojnie… - mówiłam sama do siebie.
Wpatrzyłam się dokładniej w pustkę przede mną i dostrzegłam kilka jaśniejszych elementów, jakby odrobina światła wdarła się pod materiał dachu namiotu spróbowałam podnieść się chociaż trochę i unieść plandekę która przygniatała mnie do ziemi. Okazało się że jestem już bliżej krawędzi niż mi się wydawało. Gdy uniosłam dach, dziura przede mną wypełniła się światłem słonecznym, ukazując kupę połamanych skał i luźnej ziemi. Ktoś krzyknął z dołu, zza kręgu światła. Zmotywowało mnie to do spuszczenia nóg w otwór w ziemi. Buty zapadły się w sypkiej glebie i zsunęły się w dół gdy tylko oparłam na nich ciężar swojego ciała. Strasznie dużo dziś piszczałam… wylądowałam na tyłku trzymając jedną ręką brzeg dachu namiotu, będąc już poza nim, w pełnym świetle. Moje oczy nie musiały przyzwyczajać się do słońca, więc nie mogłam leżeć tam w ciemnościach tak długo jak mi się wydawało. Rozejrzałam się wokół. Ktoś biegł w moją stronę, dwie osoby pochylały się nad głębokim, wąskim, podłużnym zapadliskiem, ktoś krzyczał z dołu.
Krzyczał o pomoc.
Puściłam plandekę i zaczęłam zsuwać się w kierunku głosu, łapiąc się po drodze wystających korzeni i hamując cały czas wbijając pięty w sypki gruz.
Niech mi jeszcze raz ktoś powie że mam nie chodzić w glanach. Glany są, kurde, zajebiste. Tylko dzięki grubej sztywnej skórze z której były zrobione udało mi się nie połamać nóg w kostkach. Gorzej miały się ręce. Wszystko wokół miało ostre krawędzie które rozcinały mi dłonie.
-Tomek! –krzyknęłam gdy zobaczyłam chłopaka niemal do połowy przysypanego kamieniami, dzielnie przygryzającego zęby, żeby nie krzyczeć. –Tomek, czekaj, już idę!
Obeszłam go dookoła żeby okruchy skał z pod moich nóg go nie trafiły. Kaszlał leżąc przysypany pyłem i gruzem.
-Możesz czymś ruszyć? Uderzyłeś się w kręgosłup?- pytałam zdejmując w międzyczasie kilka kamieni z jego koszulki. Chciałam go jak najszybciej wyciągnąć, bojąc się że ziemia znów się osunie i przysypie go całego.
-Nie, tylko nogi mi utknęły- jęknął
-Bolą?
-Nie, kurwa, wcale!- warknął próbując podnieść się na łokciu. No dobra, moja wina, zadałam głupie pytanie. Pomogłam mu się unieść, oparłam jego plecy na swoich udach a jego głowę położyłam na swoim ramieniu żeby nie wisiał do góry nogami. Jedną ręką przytrzymywałam go przy sobie a on korzystając z rzadkiej okazji wtulił twarz w moją bluzkę. Zerknęłam w dół i westchnęłam ciężko. Czy facet ranny czy umierający, nie przegapi okazji by wsadzić dziewczynie nos między piersi. A ja nie miałam serca go teraz za to opieprzać, mruknęłam tylko że ma się nie przyzwyczajać bo to pierwszy i ostatni raz. Wolną ręką zdejmowałam z niego mniejsze kamienie i otrzepywałam pył. Wreszcie po niecałej minucie odsunęłam go od siebie i złapałam popod pachami od tyłu. Jęknął najpierw niezadowolenia, potem z bólu, a na koniec krzyknął, gdy udało mi się go wyciągnąć. Puste miejsce które zostało w gruzowisku, tam gdzie były jego nogi, natychmiast się zapadło tworząc mini lawinę. Spojrzeliśmy na siebie w tym samym momencie.
-Dzięki – sapnął i spojrzał smętnie na swoją nogę, wygiętą pod kontem jednoznacznie sugerującym pełne złamanie kości. Skrzywiłam się wyobrażając sobie jak to boli.
Nagle zaczęły spadać na nas drobne kamienie. Spojrzałam w górę i wybałuszyłam oczy widząc jak kierownik wyprawy jedzie do nas na twarzy.
-Gdzie!? Idioto! Nie tak! Bokiem! Idź bokiem! Przysypiesz nas!- krzyczałam spanikowana gdy spadały na nas coraz większe okruchy skał.
-Wracaj na górę!- dołączył się trochę piskliwie Tomek z przerażeniem w oczach, uświadamiając sobie że nie będzie miał jak uciec przed następnym osuwiskiem. Nadal trzymałam go pod pachami więc spróbowałam przesunąć go na bok, ale był ciężki. Na szczęście nie było lawiny. Trakowski koziołkował, zjeżdżał na tyłku a potem znów koziołkował aż złapałam go za kołnierz i wyhamowałam, sama przy tym zsuwając się jakieś dwa metry, i zostawiając chłopaka wyżej.
-Zostań tu i pilnuj Tomka- warknęłam wściekła na historyka za jego głupotę.
Wspięłam się po korzeniu który wystawał z ziemi niedaleko mnie, i ruszyłam w stronę kolejnego odstającego korzenia. Wędrówka pomiędzy nimi była bardzo wyczerpująca. Gdy byłam już niedaleko wyjścia dziury, ktoś podał mi długi kij i pomógł mi wyjść.
-Znajdźcie jakąś linę. I coś z czego można zrobić nosze, bo Tomek sam nie wyjdzie. Trzeba go wyciągnąć zanim ziemia się znowu osunie- wyksztusiłam zdyszana, nim padłam na plecy na ziemię. Próbowałam uspokoić oddech obserwując płynące po niebie chmury. Dopiero teraz dotarło do mnie jak bardzo wszystko mnie boli. Adrian, jeden z archeologów, przybiegł z liną i jakimś kocem.
-Co teraz?- sapnął kładąc to przede mną. Cały dygotał i kręcił się zniecierpliwiony i wystraszony. Popatrzyłam na to co przyniósł. Rozłożyłam koc, a potem zaczęłam składać go tylko wzdłuż, tworząc podłużną grubą warstwę.
-Przebij to po obu końcach i przeciągnij linę. Zrobimy prowizoryczny hamak. Do środka wsadź równolegle kilka desek, osłonią Tomka od kamieni po których go będziemy wciągać.- Powiedziałam i padłam z powrotem na plecy- i mam nadzieję że już dawno zadzwoniliście po ratowników, jak nie, to jesteście bandą idiotów.-powiedziałam znów wpatrując się w niebo. Po chwili usłyszałam „halo? Chciałbym zgłosić wypadek w górach!” i zaczęłam się cicho śmiać. Jednak są bandą idiotów.
Adrian sklecił hamak tak jak mu powiedziałam i spuścił go po zboczu, mniej więcej w stronę Tomka. Trakowski który został na dole, pomógł mu wejść a potem pierwszy wdrapał się po linie na końcu której zostawił chłopaka, a gdy już był na górze , wstałam i razem z Adrianem i Romkiem (to ten ze szkoły przetrwania) zaczęłam powolutku wciągać do góry naszą ulubioną ofiarę losu. Po chwili na złapanie oddechu, do ciągnących dołączył też kierownik wyprawy. Gdy chłopak był już na górze, adrenalina opadła jak za pstryknięciem palców. Zachwiałam się na nogach i gdyby nie to że złapał mnie ktoś na kogo wpadłam, pewnie bym się przewróciła. Wiedziałam że coś do mnie krzyczeli ale rozumiałam tylko co drugie słowo. Szepnęłam tylko że kręci mi się w głowie. Ktoś przytrzymał mnie w pozycji półsiedzącej. Tryb kalkulacyjny w mojej głowie się wyłączył, automatycznie włączając tryb jęczącej marudy nie do wytrzymania.
-Wszystko mnie booooliii! Chcę do dooooomuuuu! Aaaaa ….. źle mi…. –jęczałam
-Zaczęło się- szepnął ktoś, ktoś inny prychnął ze śmiechu
-Kiedyś musiało- ktoś zachichotał.
-Booooooooliiiiiii!
Moje dalsze jęki zagłuszył nadlatujący śmigłowiec ratunkowy.
-O, już?- spytałam samą siebie.
-Jakieś piętnaście minut, szybko są.- powiedział ten kto mnie trzymał. Adrian. Dopiero teraz dotarło do mnie że się mną zaopiekował. Zrobiło mi się jakoś cieplej na sercu. Podniosłam rękę, lekko puknęłam go w klatkę piersiową i uśmiechnęłam się do niego.
-Dzięki że mnie złapałeś- powiedziałam przekrzykując helikopter. W odpowiedzi otrzymałam od niego szeroki uśmiech.
Helikopter wylądował, ja przy pomocy Adriana pozbierałam się jakoś z ziemi, ratownicy załadowali Tomka do śmigłowca chwaląc nas po drodze za nosze (hamak?) które zrobiliśmy. Po pobieżnym zbadaniu chłopaka, opatrzyli rany mi a potem Trakowskiemu, i odlecieli do szpitala.
Z rękami zabandażowanymi tak że ledwo mogłam ruszać palcami, przyciągnęłam swoje krzesło na brzeg głębokiego rowu. Nie dawało mi żyć to co zobaczyłam kątem oka gdy łapałam dyrektora wyprawy.
Łukowaty kamienny strop.
Strop tunelu głęboko pod ziemią, który się zawalił, zostawiając po sobie ten głęboki rów. Jak bardzo wysoki i przestronny musiał być ten tunel? Co znajduje się na końcu korytarza, pod tysiącletnimi ruinami zamku, w którym bytowała sekta potężnego demona z piekła rodem?
Nurtowało mnie to pytanie. Nurtowało do tego stopnia, że siedziałam nad zapadliną do późna, aż całkiem przestałam ją widzieć. Ciemną nocą podreptałam do swojego prywatnego namiotu na uboczu bazy, by śnić o skarbach na końcu zapomnianego tunelu.
witam wszystkich ponownie w tempie błyskawicznym, wrzucam rozdział 2
Rozdział II - zejście
Jednak nie dane mi było śnić o skarbach. Zamiast tego śniłam o krwi rozbryzganej na skałach, i o członkach ekspedycji zagrzebanych pod osuwiskiem. Obudziłam się wcześniej niż zwykle, cała obolała, zlana potem i z nieprzyjemnym gorzkim posmakiem w ustach. Byłam jeszcze bardziej zmęczona niż wtedy kiedy się kładłam. Nalałam z dzbanka trochę wody do blaszanej miski, umyłam twarz i kark, wymieniłam wodę i dwa razy wyszorowałam porządnie zęby, żeby pozbyć się goryczy z ust. Wczoraj nie miałam siły się nawet przebrać, więc dziś mogłam obejrzeć sobie jak wygląda uosobienie nędzy i rozpaczy. Koszulka trzymała się na jednym ramiączku i była tak podarta że równie dobrze mogłoby jej nie być- a to tłumaczy dlaczego cała ekipa się mną wczoraj tak interesowała. Praktycznie paradowałam topless przez pół dnia… wstyd zaczął podgryzać mnie od środka. Dobrze że przynajmniej stanik wytrzymał.
Ręce miałam całe zabandażowane prawie do ramion, bo nie byłoby sensu naklejać osobnych opatrunków na każde z dziesiątek pojedynczych zadrapań. Dłonie były zawinięte trzy razy grubiej i wyglądały jak ręce ludzika z michelin. Moje ulubione czarne bojówki również do niczego się już nie nadawały, bo miały ogromne przetarcia na obydwu kolanach i na tyłku…. Boże, tyłek też wszyscy widzieli… a nie, majtki trzymały się dzielnie. Odetchnęłam z ulgą.
Nawet glany poddały się miejscami. Jeden łańcuch się urwał, a cała reszta była brudna i podrapana.
Zdjęłam buty i obejrzałam urwany łańcuszek. Na szczęście była to tylko kwestia odgiętego ogniwa. Pogrzebałam w swoich rzeczach.
Jak każdy majsterkowicz, na dłuższych wyprawach zawsze miałam ze sobą młotek, gwoździe, obcęgi i kawał drutu- bo drut jest do wszystkiego. Przeklęłam się kilka razy za bałaganiarstwo, bo po zbudowaniu prysznica, wszystkie te rzeczy gdzieś wrzuciłam, i zanim je znalazłam minęło dobre dziesięć minut. Zahaczyłam rozgięte ogniwo o specjalną szlufkę i kilka razy delikatnie klupnęłam je młotkiem, jednocześnie przytrzymując mocno obcęgami.
-Nówka- pochwaliłam sama siebie, trochę na wyrost bo wyszło ciut krzywo. Ściereczką dokładnie oczyściłam buty, potem je wypastowałam i wyglądały całkiem znośnie, co było niemal cudem po tym co przeszły
-Kocham glany…- szepnęłam uśmiechając się do cholewki.
Wzięłam je do ręki, a przez ramie przerzuciłam sobie komplet świeżych ubrań i ręcznik, i poszłam przygotować sobie kąpiel.
Namiot ekspedycyjny już stał, tyle że parę metrów dalej, żeby nie wpadł do rozpadliny.
Zapaliłam oba palniki kuchenki polowej, postawiłam na niej dwa metalowe wiadra napełnione w dwóch trzecich wodą z wielkiej beczki, do której Romek bez przerwy dolewał, bucząc że tylko on targa ciężkie wiadra z rzeki.
Zanim woda się zagrzała, odpakowałam swoje ręce z bandaży. Drobne zadrapania zostały wczoraj dokładnie oczyszczone i posmarowane czymś przez ratowników i dziś już zdążyły się prawie całkiem zasklepić, wszystkie z wyjątkiem jednej głębokiej rany po wewnętrznej stronie prawej dłoni. Ta wyglądała jakby tylko tymczasowo się skleiła dzięki trzem wielkim szwom które trzymały ją zamkniętą. Zostawiłam sobie kawałek czystszego bandaża, a resztę podpaliłam od kuchenki i rzuciłam na klepisko aż niepotrzebny odpad Obrócił się w pył.
Po kolei wiaderko za wiaderkiem nosiłam wodę mniej poharataną ręką, wchodziłam na niską drabinkę przybitą do drzewa i wlewałam wodę do prysznicowej beczki.
Weszłam za zasłonę, przerzuciłam czyste rzeczy przez gałąź za beczką, a to co miałam na sobie wyrzuciłam na zewnątrz. Polałam się ciepłą wodą, odchyliłam beczkę z powrotem, namydliłam całe ciało i włosy, i z powrotem obróciłam beczkę, modląc się o to, by wody starczyło żeby porządnie się opłukać. Brakowało mi zwykłego prysznica bez limitu wody do zużycia… I takiego w którym wiatr nie wieje po nogach…
Wytarłam się, ubrałam, starym zwyczajem zasłoniłam od razu prawe oko mokrą grzywką, lekko przeczesaną połamanym grzebieniem (stałym wyposażeniem polowego prysznica). Wzięłam resztki moich starych ubrań i zaniosłam do namiotu by podzieliły los brudnych opatrunków.
Zapłonęły ślicznie napełniając mnie dziwnym rodzajem satysfakcji, płynącym z niszczenia i obracania w popiół tego na co nie ma się ochoty patrzeć.
-Cześć- usłyszałam za sobą i aż podskoczyłam na krześle.
-Adrian, rany, nie strasz mnie tak!- ofuknęłam go łapiąc się za serce.
Uśmiechnął się lekko i podszedł do mnie. Zanim go powstrzymałam wziął mój bandaż ze stolika i zaczął zwijać go na udzie, potem wstał, podszedł i przykucnął przede mną. Delikatnie złapał mnie za zranioną dłoń i zaczął ją opatrywać. Patrzyłam na to wszystko z wysoko uniesionymi ze zdziwienia brwiami. Już chciałam go spytać co on tu tak właściwie odpiernicza, kiedy sam się odezwał.
- Dzięki za uratowanie mi brata… głupio mi że sam tam nie poszedłem.
-Tomek to twój brat?
Podniósł wzrok i spojrzał na mnie pobłażliwie a potem kiwnął głową i wrócił do opatrywania mojej dłoni.
-Widziałem oko.- zaczął. Drgnęłam gdy po plecach przeszedł mi lodowaty dreszcz i odruchowo dotknęłam grzywki. Młody mężczyzna zawiązał bandaż, i podniósł na mnie wzrok. Wyrwałam rękę z pomiędzy jego dłoni skrzyżowałam ramiona na piersi, jednocześnie obracając się tak żeby prawa połowa mojej twarzy znalazła się poza zasięgiem jego wzroku. Położył mi rękę na ramieniu, ale cofnęłam się przed dotykiem zaciskając wargi.
-Kto jeszcze widział?- szepnęłam zła i zniesmaczona że w ogóle ktokolwiek to zobaczył.
-Nikt, zasłoniłem ci je z powrotem.- powiedział równie cicho co ja.
-Dzięki…
- Kto ci to zrobił?- szeptał, znów kładąc mi rękę na ramieniu (miał taki tik nerwowy czy co?).
-Nikt. Nieważne.- odparłam wstając. -Dzięki że to zakryłeś. Nie mów nikomu.
Postawiłam czajnik na kuchence i zaczęłam sypać sobie kawę do kubka żeby zająć czymś drżące ręce. Adrian podał mi cukier. Stanęłam nieruchomo wpatrując się w natręta. Czemu nie rozumiał że nie chcę jego współczucia?
Wsypał mi do kubka dwie łyżeczki. Spojrzałam najpierw na niego, potem na kubek, i znów na niego.
-Skąd wiesz ile słodzę?- bąknęłam zerkając na niego nieufnie. W odpowiedzi uśmiechnął się lekko i wzruszył ramionami.
-Czuję się szpiegowana, zinfiltrowana, odarta z prywatności i sprofanowana.- bąknęłam pod nosem a on uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-Masz trochę racji, przepraszam… Ale ciężko od ciebie wzrok oderwać. Podobasz mi się.- powiedział.
Zrobiłam oczy wielkie jak nadepnięta żaba.
-Proszę?
-Nie dziw się tak. To że masz bliznę na twarzy, nie znaczy że jesteś jakaś strasznie brzydka.
-Przestań sobie ze mnie kpić, bo pożałujesz- syknęłam wściekła.
-Kiedy ja wcale nie kpię.- zapewnił i wyciągnął rękę w stronę mojej grzywki. Zacisnęłam mocniej ręce na kubku gdy delikatnie odgarnął mi ją za ucho, odsłaniając grubą, wypukłą linię biegnącą ukośnie przez fragment czoła, rozcinającą brew w połowie jej długości, urywającą się i pojawiającą znów na policzku, gdzie zakręcała lekko i kończyła się dopiero pod uchem. Nachylił się i pocałował mnie w ten przeorany policzek. Stężałam jak posąg, gdy przysunął się bliżej, przytulił mnie i znienacka dotknął moich ust swoimi. Znów odsunął się ode mnie i jeszcze raz mi się przyjrzał. Zmarszczył brwi gdy zgrzytnęłam zębami. W życiu nie przyznałabym się że właśnie teraz po raz pierwszy zostałam pocałowana, bo do tej pory, przez tą paskudną szramę, bałam się wyjść do ludzi, i większość życia siedziałam w domu. Ale mogłam go zbesztać za coś innego. Nie za to co zrobił, tylko za to do czego dążył.
-Pachniesz mydłem- warknęłam
-Tak… może… co z tego?- spytał zdezorientowany. Raczej nie spodziewał się tego usłyszeć.
-Pierwsza osoba która opierniczała mnie za to że buduję prysznic, pachnie mydłem.- zakomunikowałam dobitnie w nadziei że zrozumie o co mi chodzi. Chyba nie rozumiał.
-Od kiedy to planowałeś co? Znam jej tajemnicę to, ją przelecę, skoro nie ma nic lepszego w okolicy? Daj se siana.- syczałam gdy czajnik akurat zaczął gwizdać. Miałam ochotę wylać mu na głowę cały ten wrzątek, ale uratował go Trakowski, którego właśnie zauważyłam idącego w naszą stronę. Odstawiłam kubek, stwierdzając że kawa już nie jest mi potrzebna.
Bardziej już ta meliska dyrektora wykopalisk, który sam od wczoraj wyglądał jak znalezisko archeologiczne- a konkretniej jak mumia. Szybko wymaszerowałam z namiotu wracając nad urwisko. Usiadłam po turecku na samym brzegu. Znalazłam jakiś kamyk i cisnęłam nim w dół.
A przez chwilę uwierzyłam że facet może być tak po prostu miły i wdzięczny… Zagryzłam wargi. Wizja pierwszego pocałunku z księciem z bajki poszła się rypać…
Chciałam żeby to zrobił wysoki, szarmancki, dobrze zbudowany, ciemnowłosy gentelman o tajemniczych oczach, a dostał mi się chudy blondynek o wątpliwym zamiłowaniu do higieny osobistej z pryszczem na czole.
-AAAAAAA!!!- wrzasnęłam a echo mojej frustracji poniosło się po górach. Nie tak miało być… miałam już ułożony cały misterny plan poderwania jakiegoś ujmująco przystojnego kawalera, tak żeby mu się wydawało że to on mnie poderwał. Miałam w pamięci każde słowo które bym do niego powiedziała… Popsuł, popsuł mi to drań bezczelny…
Wzięłam większy kamień i rzuciłam go w ślad za pierwszym, potem jeszcze większy poleciał za tamtymi dwoma, aż w końcu po jakimś czasie zaczęłam skopywać w dół głazy których nie byłam w stanie ruszyć rękoma. Gniew wywietrzał trochę dopiero gdy straciłam siłę do dalszego znęcania się nad obiektami przyrody nieożywionej.
Odetchnęłam głęboko, usiadłam z powrotem, zamknęłam oczy i uśmiechnęłam się sama do siebie.
-Udam że to nie miało miejsca, wszystko jest ok, a trujący grzyb wpadnie do jego zupy przez przypadek… Hm…- mruknęłam sama do siebie uroczym, sarkastycznie rozbawionym głosikiem obracając twarz do słoneczka. Siedziałam tak jeszcze piętnaście minut wyobrażając sobie skutki zastosowania na chłopaku różnych rodzajów nieprzyjemnych roślin i grzybów aż prawie całkiem powrócił mi dobry humor, po czym wstałam, otrzepałam z ziemi czarne jeansy, poprawiłam bordową koszulkę z czaszkowo- wężowym motywem i zapięłam do połowy czarną skórzaną kurtkę, z podczepionym kawałkiem łańcucha na ramieniu (do kompletu z glanami). Moje włosy były ciemnobrązowe i szybko pochłaniały promienie słońca, przez co były już prawie suche, więc przeczesałam je palcami i spięłam gumką którą miałam na nadgarstku, w długi kucyk. Przekręciłam głowę raz na lewo, raz na prawo, aż strzelały stawy, i odwróciłam się z powrotem w stronę namiotu. Byli już wszyscy. I jak tylko zobaczyli że na nich patrzę, nagle każdy bardzo się zainteresował swoim kubkiem.
-Panie Trakowski!- zaczęłam (choć może trochę za głośno, bo historyk aż podskoczył na krześle)- mam do pana sprawę!
-Przecież to on Ci dokuczał, nie ja…- jęknął wskazując palcem Adriana.
-Nie ważne, nie o to chodzi- kontynuowałam- wejdźmy do zapadliska.
-Co? Po co?
-Chcę zobaczyć co się zawaliło.
-Pewnie jakaś jaskinia- jęknął nieskory do ponownego schodzenia (czy raczej zjeżdżania) po niemal pionowym urwisku, szczególnie że już po pierwszym takim zejściu był zabandażowany dosłownie po czubek nosa. Z drugiej strony widział jak duże były skały które jeszcze dwadzieścia minut temu pod wpływem furii ciskałam w dół wąwozu i czół się niepewnie.
Nie był pewny czy kiedy nie zejdzie sam, to go też tak tam nie wrzucę.
-Nie zgodzę się z panem, chyba że jaskinie w tych górach mają murowane stropy.
-Jakie murowane stropy…?- spytał zdziwiony, i zaczął nerwowo drapać się po brodzie.
-Takie jak ten który widziałam kiedy pana wczoraj złapałam.
Kierownik wyprawy mrugnął kilka razy próbując przetworzyć nowe informacje.
-Ja tam nic nie widziałem.- powiedział wreszcie.
-Oczywiście że nie, jechał pan wtedy na plecach głową w dół, mógł pan co najwyżej pooglądać chmury z tej pozycji.- Powiedziałam patrząc na niego jak na niedorozwinięte dziecko, a Historyk w odpowiedzi bąknął coś niezrozumiałego pod nosem.
-Myślałem żeby po prostu kopać obok dziury…- wykręcał się po chwili.
-No to niech pan kopie, ja wreszcie znalazłam coś ciekawszego niż potłuczone dzbanki, i mam zamiar to sprawdzić- powiedziałam idąc w stronę polowej lodówki- Ruszam za pół godziny. Jak ktoś chce iść ze mną to zapraszam.- dodałam wyciągając składniki do kanapek, które chciałam zjeść na drugie śniadanie, będąc już wewnątrz tunelu.
W moim prywatnym namiocie już od wczoraj leżał plecak z zapasem latarek, niedużym kocem, kilkoma narzędziami archeologicznymi, manierką pełną wody i apteczką. Miałam zamiar dorzucić tam jeszcze kanapki, mój szkicownik, ołówki i kompas.
-Ja pójdę- zaoferował się Romek
-Świetnie.
-Znajdę jakiś sznur, przywiążemy go do drzewa i będziemy się po nim spuszczać na dół i wracać.- zakomunikował i wyszedł.
-Ja też idę- odezwał się Adrian, a ja spiorunowałam go wzrokiem.- albo nie…- dodał po chwili orientując się że i bez takiej idealnej okazji, chętnie zrzuciłabym go w przepaść.
-Pójdę…- westchnął wreszcie i kierownik wyprawy, bo choć nie uśmiechało mu się samo schodzenie, też był ciekaw tego tunelu.
Uśmiechnęłam się do niego i wróciłam do robienia i pakowania kanapek w folię aluminiową, a potem odłożyłam je na bok i zajęłam się szukaniem szkicownika.
Poszłam na chwilę do swojego namiotu po plecak, wróciłam by zabrać uszykowane wcześniej na skrzynce rzeczy. Spakowałam je i zwarzyłam plecak w ręce, sprawdzając czy nie jest za ciężki. Nie był, więc przerzuciłam go przez ramię i poszłam nad rozpadlinę. Romek kończył przywiązywać linę do drzewa, specjalnymi węzłami których kiedyś próbował mnie nauczyć, ale nawet jeśli zawiązałam odpowiednio jakiś supeł, to minutę później już nie pamiętałam jak to zrobiłam. Gdy skończył, potruchtał do swojego namiotu, żeby się spakować. Podejrzewałam że to samo robił teraz również pan Trakowski. Siadłam sobie pod obwiązanym drzewem i oparłam się o nie. Wiatr cicho szumiał w jego koronie, niedaleko szemrał górski strumyk, a późnowiosenne słońce przyjemnie ogrzewało twarz. Zerkałam co parę minut na swój zegarek, osadzony na grubym skórzanym pasku. Chyba był męski, ale jakoś nigdy nie miałam pewności w tym temacie. Były rzeczy na pewno damskie- z jakimiś kryształkami czy brokatem, w motylki albo z podoklejanym jakimś uroczym badziewiem na który reagowałam zazwyczaj niemal alergicznie, ale jeśli coś nie miało ozdób, nigdy nie miałam całkowitej pewności.
Swoją drogą trochę to dziwne że nikt nie czepia się kiedy dziewczyna zakłada na siebie męski t-shirt albo nosi męski zegarek, a jak facet ubierze coś adresowanego dla pań, to robi się z tego wielkie halo. W Szkocji nie mają z tym problemu że facet lata w spódnicy, czy tam w kilcie- jak dla mnie jeden diabeł- a cała reszta świata jakoś strasznie się tego zawsze czepiała…
Z drugiej strony… Facet ubrany na przykład w różową bluzkę w kwiatki, zawsze wygląda odrażająco niezależnie od narodowości…
Moje abstrakcyjne rozważania zostały przerwane przez przybycie Romka świeżo przebranego w moro (mało w tym sensu, maskowanie w tym kolorze nie zadziała na tle szarych skał…) i profesora, który próbował zabrać ze sobą całą szafę, i zastanawiałam się kiedy ten jego wielki plecak go przeważy.
-Idziemy?- spytałam a obaj w odpowiedzi pokiwali głowami.
Złapałam za linę lewą ręką i szarpnęłam nią mocno dwa razy, sprawdzając (niepotrzebnie) czy profesjonalny węzeł aby na pewno nie puści. Okręciłam linę wokół nadgarstka i zaczęłam schodzić jako pierwsza. Gdy byłam już na dole, do zejścia przysposobił się Romek. Szło mu to pewnie z pięć razy szybciej niż mi. Rozejrzałam się po dnie szukając kawałka murowanego stropu który widziałam wcześniej. Gdy znalazłam aż się uśmiechnęłam sama do siebie i poszłam w kierunku wąskiego płaskiego otworu. Żeby się przez niego przeczołgać, trzeba było najpierw zwiększyć jego średnicę, czym bez proszenia, od razu po zejściu, zajął się kolega od surwiwalu. Jego łysa czaszka pokryła się kropelkami potu kiedy swoimi wielkimi od lat treningów łapami odrzucał na bok ciężkie fragmenty skał. Próbowałam mu trochę pomóc ale chyba tylko bardziej przeszkadzałam, więc zamiast tego poszłam asekurować niezdarnego historyka który dyndał sobie gdzieś w połowie liny. Kazałam mu zrzucić plecak na dół, a potem schodzić dalej, ale uparł się że tego nie zrobi.
-Martyna!- zawołał mnie Romek
-Co?- spytałam odwracając się w stronę wejścia do tunelu i uśmiechnęłam się. Ruszył tyle głazów że nie trzeba nawet było się czołgać, zamiast tego można było spokojnie przejść na czworaka. Wyciągnęłam do niego rękę z kciukiem wystawionym do góry, i pomogłam historykowi zejść ostatnie kilka metrów po osypującym się zboczu. Razem z panem Trakowskim spojrzałam do wnętrza ziemi. Historyk jęknął żałośnie, gdy zrozumiał że czeka go jeszcze jedno głębokie zejście, i to w dodatku, w ciemnościach.
Też byłam raczej niezadowolona z konieczności schodzenia, szczególnie że ostatnie parę metrów trzeba będzie pokonać bez sznura, który mimo wszystko okazał się niewystarczająco długi.
Romek wyciągnął ze swojego plecaka flarę, odpalił ją i wrzucił do środka, wpuścił ostatnie pięć metrów liny do otworu i zaczął schodzić jako pierwszy.
-Jak tam?!- krzyknęłam za nim po paru minutach
-To długi tunel, kawałek dalej trochę zakręca. Mam iść sprawdzić co tam jest?!
-Nie, czekaj na nas, już schodzę!
Zapewniłam łapiąc znów linę zdrową ręką. Miałam nadzieję że uda mi się zejść nie używając za dużo prawej dłoni, żeby szwy całkiem nie popękały, szczególnie że już po pierwszym zejściu krew ozdobiła mój bandaż kilkoma czerwonymi plamami. Zanurzyłam się w chłód zatęchłego, pachnącego grzybem i pleśnią, powietrza wydobywającego się z korytarza i zaczęłam zsuwać się powoli w dół, choć w moich ustach znów pojawiła się gorycz, a nieprzyjemny lodowaty dreszcz który przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa, sprawił że miałam jakieś złe przeczucie co do zagłębiania się bardziej w zagadkę lochów.
Ale jak to się zwykle robi ze złymi przeczuciami, zignorowałam instynkt kierując się ciekawością. Teraz już wiem, że nie na darmo mówi się, że jest ona pierwszym stopniem do piekła.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
aha, jeszcze jedna rzecz, jeśli ktoś chciałby coś skomentować albo wyrazić swoją opinię, to bardzo proszę na priw. żeby nie na wklejać tu za dużo rozmów między rozdziałami, bo to zaciemni przekaz. z góry dzięki za zrozumienie