Mówicie że Rosyjskie głowice są w złym stanie, ja bym się nie zgodził, dla Rosji ich rakiety są punktem honoru, którym mogą straszyć cały świat, i z pewnością są w lepszym stanie niż się uważa.
A natomiast z rakietami w USA jest jeszcze większy burdel że się tak wyrażę.Czasami nawet nie wiedzą gdzie te ich głowice są.Przykład?
Armia Stanów Zjednoczonych rozpoczęła gorączkowy remanent w swym arsenale atomowym. Powód ma dobry: tylko w ciągu ostatnich 18 miesięcy wojskowi USA zgubili 6 głowic i 4 zapalniki jądrowe
"Tajwańczycy byli bardzo zakłopotani prezentem, który półtora roku temu dostali od sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych. Zamówili z USA nowe akumulatory do amerykańskich śmigłowców transportowych, lecz gdy otworzyli skrzynie, w których je dostarczono, znaleźli coś zupełnie innego.
Wewnątrz znajdowało się coś, co wyglądało na... głowice jądrowe. W rzeczywistości nie były to same głowice, a jedynie zwieńczenia rakiet zawierające ich skomplikowane, sterowane komputerowo zapalniki. A te, jak wszystko, co wiąże się z bronią jądrową, są ściśle strzeżoną tajemnicą wojskową.
Zapalniki, które trafiły na Tajwan, zdjęto nieco wcześniej z rakiet stacjonujących w stanie Wyoming i przewieziono do bazy logistycznej w Utah. Tam zamiast w tajnym składzie złożono je w zupełnie jawnej części magazynu. Najwyraźniej ktoś niedokładnie przyjrzał się oznaczeniom skrzyń i wziął je za śmigłowcowe baterie.
Amerykańscy wojskowi mają skrót, którym określają podobne sytuacje - "S.N.A.F.U." czyli "Situation normal, all f...cked up". W ugrzecznionym tłumaczeniu "sytuacja normalna, wszystko schrzanione".
Logistycy największej armii świata o błędzie dowiedzieli się dopiero półtora roku później od samych Tajwańczyków, zirytowanych przeciągającą się dostawą akumulatorów.
27 marca sekretarz obrony USA Robert Gates, załamany błędem, rozkazał natychmiast policzyć wszystkie głowice jądrowe i ich części. Zliczanie wszystkich 5 tys. amerykańskich bomb atomowych potrwa ok. 60 dni. Pośpiech jest wskazany, bo to nieodosobniony wypadek niefrasobliwości w obchodzeniu się bronią jądrową.
30 sierpnia ubiegłego roku bombowiec B-52 latał nad USA przez trzy i pół godziny z sześcioma głowicami atomowymi na pokładzie. Przypadkiem. Maszyna miała przewieźć z jednej bazy do drugiej głowice ćwiczebne - zamiast tego załadowano ją bronią zdolną zmieść z powierzchni ziemi kraj wielkości Belgii. Pilot o niczym nie wiedział.
Nie jest jasne, jak doszło do pomyłki, bo głowice bojowe są o wiele cięższe i mają jaskrawe czerwone oznaczenia. Ważne, że znów nikt się nie zorientował, dopóki samolot nie dotarł do celu.
Gdy informacja o tej pomyłce przedostała się do mediów, Amerykanie zdębieli. Do nieszczęścia było blisko, bo samoloty U.S. Air Force nie mają dobrej reputacji, gdy idzie o transport głowic jądrowych. Wiedzą o tym doskonale mieszkańcy niewielkiego miasteczka Mars Bluff w Południowej Karolinie.
Niemal dokładnie 50 lat temu, 11 marca 1958 r., bombowiec B-47 lecący na manewry w Wielkiej Brytanii... zbombardował Mars Bluff. O godzinie 16.19 bomba atomowa wpadła do ogródka pana Waltera Gregga. Z ogłuszającym mlaśnięciem wbiła się w bagnistą glebę. I eksplodowała.
- Czułam się, jakby ktoś podniósł dom, potrząsnął nim i odstawił na ziemię - opowiadała w 50. rocznicę bombardowania Janis Munnerlyn, która w 1958 r. chodziła do gimnazjum i mieszkała dwa domy dalej.
Wybuch zmazał z powierzchni ziemi altankę, w której zwykle bawiły się dzieci. Fala uderzeniowa skasowała chevroleta rodziny Greggów, wywróciła kołami do góry ich półtonową ciężarówkę. Dom został przesunięty na fundamentach, a wewnątrz w drzazgi poszedł ich cały dobytek.
Ale oni - z trójką dzieci, sprzątaczką i dziewięcioletnią kuzynką - odnieśli tylko kilka zadrapań. Potężną eksplozję wywołał nie ładunek jądrowy, ale inicjator - konwencjonalny ładunek wybuchowy, który tylko rozpoczyna właściwy wybuch bomby atomowej.
Amerykańskie siły powietrzne utrzymują, że wbombie brakowało kluczowego elementu - kapsuły z uranem. Bez niej nie mogło dojść do atomowej eksplozji ani nawet do skażenia po uderzeniu. Nie wszyscy mieszkańcy Mars Bluff są przekonani. Twierdzą, że dziwne fragmenty metalu, które znajdowali w okolicy po eksplozji, do dziś przyprawiają mierzące radioaktywność liczniki Geigera o nerwowe tykanie.
Od 1945 do 1980 r., kiedy ostatni raz przeprowadzano jakiekolwiek oficjalne analizy, zanotowano 32 incydenty z udziałem broni jądrowej - w tym te, które armia USA określa kryptonimem Złamana Strzała oznaczającym zgubienie lub przypadkowe uwolnienie bomby jądrowej.
Sześciokrotnie upuszczone bomby, a raczej ich zapalniki, wybuchały. Trzy eksplodowały na terenie baz wojskowych, dwie kolejne w dziczy daleko od miast i wiosek. Tylko ta z Mars Bluff wybuchła na terenach zamieszkanych.
Ale to nie znaczy, że upuszczone bomby nikomu nie zaszkodziły. Co najmniej kilkakrotnie takie wypadki skutkowały promieniotwórczym skażeniem dużego obszaru. W listopadzie 1950 r. bombowiec B-50 wracający z patrolu na dalekiej północy doznał awarii silnika. Piloci próbowali za wszelką cenę wylądować, lecz nie mogli tego bezpiecznie zrobić z bombą atomową na pokładzie. Bomba została więc przez nich zrzucona - tym razem celowo - 300 km na północ od Montrealu.
W1966 r. bombowiec B-52 zderzył się z samolotem cysterną. Szczątki obu maszyn spadły w pobliżu wioski Palomares w hiszpańskiej Andaluzji. Razem z samolotem spadły też cztery bomby wodorowe: trzy na ląd, jedna do morza. Dwa z pocisków, które uderzyły w ląd, eksplodowały: pluton i uran skaziły ponad 2 km kw. ziemi. Ówczesny ambasador USA osobiście brał kąpiel na plaży w Palomares, by udowodnić, że nie ma zagrożenia skażeniem.
Ekolodzy z Greenpeace szacują, że na świecie wala się 50 bomb atomowych zgubionych przez obie strony zimnowojennej konfrontacji. Każdego dnia rdzewieją one coraz bardziej.
Artykuł dla wyrównania sił, pochodzi z Gazety Internetowej Redakcji Wojskowej