Napisano
30.08.2008 - 03:56
Zyxowi, coraz bardziej nie podobała się ta robota... Robiło się duszno. Niebezpieczeństwo czychało z każdej strony. Z dużo powiązań z możnymi tego świata. Bractwo, Enclava, jeszcze ci bandyci siedzący na karku. Bomba atomowa w miejscu które niedawno ograbili. Nie podobało mu się to wszystko. Tyle wrogów, a on ma jedno życie.
Trudny wybór wyrzutka, bez swego miejsca, bez nadzieji, bez marzeń. Codzień nowa droga, ale ten sam piasek i pustkowia. Spalone nuklearną spiekotą stepy, jak on sam wypalony do cna. Tak jak w nią, w Zyxe obficie wsiąka krew kolejnych ofiar. Co się stało z jego starymi zasadami, zasadami tej szczycącej się wysokim ucywilizowaniem społeczności szponów. Życie zmusza do wyrzeczeń, niszczy ducha. Resztki jego tęsknoty za bezpiecznym domem, tą wspaniałą kryptą 13. Czasem czuję obrzydzenie do siebie, przesiąknął tym brudem pustkowii, tą brutalnością, już zawsze będzie widział na swych szponach spływającą krew. Tych dwójki dzieci, które za kilka sekund wydałyby jego kryjówkę, ileż ojców i matek, ileż przypadkowych ofiar by ukryć swoją obecność, czy uciec.
Chciał te pieniądze, żeby móc gdzieś osiąść, nie musieć już więcej zabijać.
- Cedrik, nie wiem jak reszta ale ja się pisze na to. Zajmiemy się tymi bandytami, ale muszę dostać za to ekstra. -



