PHOBOS: AWARIA CZY INCYDENT WOJEN GWIEZDNYCH?
Czwartego października 1957 Związek Radziecki wystrzelił pierwszego sztucznego satelitę Ziemi, Sputnika 1, otwierając drogę, która zaprowadziła człowieka na Księżyc oraz umożliwiła statkom kosmicznym dotarcie do granic Układu Słonecznego i wejście w przestrzeń międzygwiazdową.
Dwunastego lipca 1988 Związek Radziecki wystrzelił bezzałogowy statek kosmiczny, nazwany Phobos 2, i być może spowodował tym pierwszy incydent wojen gwiezdnych – nie "gwiezdnych wojen" w sensie nazwy amerykańskiej Strategie Defense Initiative (SDI), lecz wojny z mieszkańcami innego świata.
Phobos 2 był jednym z dwóch bezzałogowych satelitów, drugim był Phobos 1. Oba, wystrzelone z Ziemi w lipcu 1988, podążały w kierunku Marsa. Phobos 1 dwa miesiące później przepadł, co według wersji oficjalnej spowodowała błędna komenda radiowa. Phobos 2 dotarł bezpiecznie do Marsa w styczniu 1989 i wszedł na orbitę wokół tej planety, co było pierwszym krokiem prowadzącym do osiągnięcia ostatecznego celu – lotu po orbicie niemal identycznej z orbitą Phobosa, małego księżyca Marsa (stąd nazwa statku), i zbadania tego księżyca specjalistycznymi przyrządami, z których część miała być opuszczona w dwóch skrzyniach na powierzchnię globu.
Wszystko szło dobrze, dopóki Phobos 2 nie zrównał się z Phobosem, księżycem Marsa. Wtedy, 28 marca 1989, radzieckie centrum kontroli lotów ujawniło nagłe "problemy" z łącznością ze statkiem; oficjalna radziecka agencja prasowa TASS doniosła, że "Phobos 2 nie skomunikował się z Ziemią, co według planu miał zrobić po wypełnieniu wczorajszego zadania związanego z marsjańskim księżycem Phobosem. Naukowcy z centrum kontroli lotów nie zdołali uzyskać trwałego połączenia radiowego:
Komunikaty te pozostawiły wrażenie, że problem nie jest beznadziejny; zapewniano przy tym, iż naukowcy z centrum kontroli lotów nie ustają w wysiłkach przywrócenia łączności ze statkiem. Radzieccy urzędnicy prowadzący program, jak również liczni specjaliści zachodni wiedzieli, że realizowana z olbrzymim nakładem sił misja Phobos reprezentuje ogromną inwestycję w kategoriach finansów, planowania i prestiżu. Chociaż statek wystrzelili Rosjanie, misja ta była w praktyce przedsięwzięciem międzynarodowym, zakrojonym na nie spotykaną wówczas skalę; brało w niej udział oficjalnie więcej niż trzynaście krajów europejskich (włącznie z Europejską Agencją Kosmiczną oraz głównymi francuskimi i zachodnioniemieckimi instytucjami naukowymi). Brytyjscy i amerykańscy naukowcy partycypowali w niej "osobiście" (za wiedzą i z błogosławieństwem swoich rządów). Rozumiano zatem, że "problem" ten jest chwilową przerwą w łączności i zostanie przezwyciężony w przeciągu kilku dni. Komunikaty telewizji i prasy radzieckiej odsłaniały powagę sytuacji, podkreślając, że nieustannie próbuje się przywrócić połączenie ze statkiem. W praktyce amerykańscy naukowcy związani z programem nie byli oficjalnie informowani o naturze problemu; kazano im wierzyć, że przerwę w łączności spowodowała awaria rezerwowego nadajnika małej mocy, który działał od czasu, kiedy główny nadajnik zawiódł.
Ale następnego dnia, gdy wciąż zapewniano opinię publiczną, że odzyskanie kontaktu ze statkiem jest osiągalne, wysokiej rangi urzędnik GIaw Kosmosu, radzieckiej agencji kosmicznej, napomknął, iż tak naprawdę nie ma na to nadziei. "W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach mamy pewność, że Phobos 2 jest stracony na dobre" – powiedział Mikołaj A. Siemionow. Na słowa, których użył – nie, że stracono kontat, lecz że statek jest "stracony na dobre" – nie zwrócono tamtego dnia szczególnej uwagi.
Trzydziestego marca w specjalnym raporcie z Moskwy dla "The New York Times" Esther B. Fein nadmienił, że "Wremia", najważniejszy radziecki dziennik telewizyjny, "nagle przestał podawać złe wiadomości o Phobosie", skupił się natomiast na udanych badaniach, jakie ten statek już przeprowadził. Radzieccy naukowcy, którzy pojawili się w programie telewizyjnym, "przedstawili pewną liczbę obrazów kosmicznych, powiedzieli jednak, że wciąż nie jest jasne, jakie wskazówki mogą wnieść te materiały do zrozumienia Marsa, Phobosa, Słońca i przestrzeni międzyplanetarnej."
Jakie "obrazy" pokazywali i o jakich "wskazówkach" mówili?
Wyjaśniło się to trochę następnego dnia, gdy doniesienia publikowane w prasie europejskiej (ale z jakiegoś powodu nie w mediach amerykańskich) ujawniły, że na ostatnich zdjęciach wykonanych przez statek dostrzeżono "niezidentyfikowany obiekt". Zdjęcia te ukazywały "niewytłumaczalny" obiekt czy "eliptyczny cień" na Marsie.
A więc takie było znaczenie lawiny zagadkowych słów w Moskwie! Hiszpański dziennik "La Epoca" (il. 92), na przykład, zamieścił w nagłówku depeszę moskiewskiego korespondenta europejskiej agencji informacyjnej EFE: "Phobos 2 sfotografował dziwne zjawisko na Marsie, zanim stracił kontakt z bazą:" Tekst tej depeszy głosi, co następuje:

"Telewizyjny dziennik ťWremiaŤ ujawnił wczoraj, że sonda kosmiczna Phobos 2, która orbitowała nad Marsem, gdy radzieccy naukowcy stracili z nią kontakt w poniedziałek, sfotografowała niezidentyfikowany obiekt na powierzchni Marsa na parę sekund przed zerwaniem łączności".
Wiadomości telewizyjne poświęciły dłuższy odcinek dziwnym zdjęciom wykonanym przez statek przed utratą kontaktu i pokazały dwie najważniejsze fotografie; na obu zdjęciach widoczny jest olbrzymi cień.
Naukowcy określili ostatnie zdjęcie zrobione przez statek, ukazujące wyraźnie wąską elipsę, słowem ťniewytłumaczalneŤ.
Stwierdzono, że zjawisko to nie może być złudzeniem optycznym, ponieważ zostało utrwalone z tą samą wyrazistością zarówno przez kamery do kolorowej fotografii, jak przez kamery do zdjęć w podczerwieni.
Jeden z członków Stałej Komisji Kosmicznej, który nieprzerwanie pracował nad odzyskaniem połączenia z zagubioną sondą, powiedział w programie telewizji radzieckiej, że według naukowców z Komisji obiekt ten "wygląda jak cień na powierzchni Marsa".
Według obliczeń badaczy ze Związku Radzieckiego "cień", który widać na ostatniej fotografii zrobionej przez Phobosa 2, ma około 20 km długości.
Kilka dni wcześniej statek zarejestrował identyczne zjawisko, z tą różnicą, że w tym przypadku "cień" miał około 25-30 km długości.
Reporter "Wremia" zapytał jednego z członków specjalnej komisji, czy kształt tego "zjawiska" nie zasugerował mu rakiety kosmicznej, na co naukowiec odparł: "Można to sobie wyfantazjować."
(Dalej następują szczegóły o założonych zadaniach misji Phobos.)
Nie trzeba mówić, że jest to zdumiewający i dosłownie "nie z tego świata" raport, który podnosi tyle pytań, na ile odpowiada. Utrata kontaktu ze statkiem zbiegła się przez skojarzenie, by być oszczędnym w słowach, z zaobserwowaniem przez statek "obiektu na powierzchni Marsa na parę sekund przed". Winny przestępstwa "obiekt" opisywany jest jako "wąska elipsa" i nazywany również "zjawiskiem", a także "cieniem". Zaobserwowany został co najmniej dwa razy – raport nie mówi, czy w tym samym miejscu na powierzchni Marsa – i jest zdolny zmieniać swe rozmiary: za pierwszym razem miał 25-30 km; za drugim, fatalnym, około 20 km długości. A kiedy reporter "Wremia" zastanawia się, czy to była "rakieta kosmiczna", naukowiec odpowiada: "Można to sobie wyfantazjować." A więc czym to było – albo czym to jest?
Autorytatywny tygodnik "Aviation Week & Space Technology" z 3 kwietnia 1989 opublikował raport o tym incydencie oparty na kilku źródłach z Moskwy, Waszyngtonu i Paryża (władze w tym ostatnim mieście były mocno zaangażowane w tę sprawę, ponieważ stwierdzenie awarii sprzętu rzuciłoby cień na francuski wkład w tę misję, natomiast "dopust Boży" nie zaszargałby opinii francuskiego przemysłu kosmicznego). W wersji przedstawionej przez "AW&ST" potraktowano całe zdarzenie jako "problem komunikacyjny", który pozostał nie rozwiązany mimo tygodnia usiłowań "przywrócenia kontaktu". Podano w niej informację, że urzędnicy zajmujący się programem w Radzieckim Instytucie Badań Kosmicznych w Moskwie orzekli, iż ów problem zaistniał "po sesji gromadzącej dane i obrazy", po której to sesji Phobos 2 miał zmienić ustawienie swojej anteny. "Ta część sesji, w której zbierano dane, przebiegała zgodnie z planem, ale potem nie można już było nawiązać nie zakłóconego kontaktu z Phobosem 2." W tamtym czasie statek znajdował się na niemal kolistej orbicie wokół Marsa i był w fazie "końcowych przygotowań do spotkania. z Phobosem" (księżycem).
Podczas gdy ta wersja przypisała cały incydent problemowi "utraty komunikacji", raport, jaki się ukazał kilka dni później w "Science" z 7.01.1989 mówił o "oczywistej utracie Phobosa 2" – utracie samego statku, a nie tylko komunikacyjnego połączenia z nim. Stało się to – stwierdził prestiżowy magazyn – "27 marca, gdy statek zmienił swoje dotychczasowe położenie względem Ziemi, aby obserwować mały księżyc Phobos, co było głównym celem jego misji. Kiedy nadszedł dla statku właściwy moment do wykonania manewru i automatycznego przestrojenia anteny w kierunku Ziemi, niczego nie usłyszano."
Magazyn stwierdził dalej, że podobnie jak cały incydent, pozostaje nie wyjaśniona "wąska elipsa" na powierzchni Marsa: "Kilka godzin później odebrano słaby sygnał, ale kontrolerom nie udało się nawiązać łączności. Przez następny tydzień niczego nie słyszano".
Ze wszystkich poprzednich raportów i oświadczeń wyłania się opis incydentu jako nagłej i całkowitej "utraty łączności". Tłumaczono to tym, że statek zwróciwszy swoje anteny w kierunku Phobosa, z jakiegoś nieznanego powodu nie zdołał powtórnie nastawić anteny przeznaczonej do kontaktu z Ziemią. Ale jeżeli antena pozostawała zablokowana w pozycji odwróconej od Ziemi, jak to było możliwe, że "kilka godzin później otrzymano słaby sygnał"? A jeśli antena rzeczywiście przestroiła się prawidłowo w kierunku Ziemi, co spowodowało nagłą ciszę przez parę godzin, po których usłyszano zbyt słaby sygnał, by można było utrzymać połączenie?
Pytanie, jakie się nasuwa, jest właściwie proste: czy statek Phobos 2 został uderzony "czymś", co rozbroiło statek, który wydał ostatnie tchnienie w postaci słabego sygnału kilka godzin później?
Był jeszcze jeden raport; ukazał się w "AW&ST" 10 kwietnia 1989. Powiedziano w nim, że radzieccy naukowcy zasugerowali, iż Phobos 2 "nie ustabilizował się w prawidłowej pozycji, zapewniającej właściwe ustawienie anteny o dużym wzmocnieniu w kierunku Ziemi". To, rzecz jasna, zdumiało wydawców magazynu, ponieważ, jak była o tym mowa w raporcie, statek Phobos 2 wyposażony był w "układ trzyosiowej stabilizacji", zdobycz technologii opracowanej dla radzieckiego statku Venera; układ ten w misjach wenusjańskich funkcjonował doskonale.
Pozostaje więc tajemnicą, co spowodowało, że utracono kontrolę nad statkiem. Czy była to awaria, czy jakiś czynnik zewnętrzny – może uderzenie? Francuskie źródła tygodnika dostarczyły szczegółów pobudzających wyobraźnię:
"Jeden z kontrolerów kaliningradzkiego centrum kontroli lotów powiedział, że szczątkowe sygnały, które otrzymano po sesji gromadzącej dane, sprawiały wrażenie, jakby ťstatek kręcił się wokół własnej osiŤ".
Innymi słowy, Phobos 2 zachowywał się tak, jakby wpadł w korkociąg.
A właściwie co Phobos 2 "obserwował", gdy wydarzył się ten incydent? Mamy już dobre wyobrażenie o tym dzięki raportom "Wremia" i europejskich agencji prasowych. Lecz mamy jeszcze oświadczenie zawarte w raporcie "AW&ST" z Paryża, cytującym Aleksandra Dunajewa, prezesa radzieckiej administracji G1awKosmosu:
"Na jednej z fotografii widoczny jest obiekt o dziwnym kształcie, znajdujący się między statkiem a Marsem. Mógł to być gruz orbitujący wokół Phobosa lub własny podzespół napędowy Phobosa 2, odrzucony po wprowadzeniu statku na orbitę Marsa – tego po prostu nie wiemy".
Ta wypowiedź nie złamała zasady trzymania języka za zębami. Orbitery Vikinga nie pozostawiły żadnego gruzu na orbicie Marsa i nic nie wiadomo o żadnym "gruzie" powstałym wskutek ziemskiej działalności. Drugą "możliwość", czyli przypuszczenie, że obiekt orbitujący wokół Marsa między planetą a statkiem Phobos 2 był odrzuconym podzespołem statku, można łatwo zanegować, gdy spojrzy się na formę i budowę Phobosa 2 (il. 93); żadna z jego części nie ma kształtu "wąskiej elipsy". Co więcej, w programie "Wremia" ujawniono, że ów "cień" miał 20, 25 czy 30 kilometrów długości. Otóż prawdą jest, że obiekt może rzucać cień znacznie dłuższy niż on sam, zależnie od kąta padania światła; jednakże część Phobosa 2, mierzona w centymetrach, nie mogła przecież rzucać cienia mierzonego w kilometrach. Czymkolwiek był zaobserwowany obiekt, nie był to ani gruz, ani odrzucony podzespół.

W tamtym czasie zastanawiałem się, dlaczego w oficjalnych domysłach nie brano pod uwagę z pewnością najbardziej naturalnej i wiarygodnej trzeciej możliwości, a mianowicie, że to, co zaobserwowano, było rzeczywiście cieniem – ale cieniem samego Phobosa, księżyca Marsa. Księżyc ten opisuje się najczęściej jako mający "formę kartofla" (il. 94), jego średnica wynosi około 27 km – rozmiar zbliżony do wielkości "cienia" wzmiankowanego w pierwszych raportach. Przypomniałem sobie zrobioną przez Marinera 9 fotografię zaćmienia Marsa, spowodowanego cieniem Phobosa. Czy nie mogłoby to być rozwiązaniem zagadki, pomyślałem, wokół której powstało tyle hałasu, wyjaśnieniem przynajmniej "wyglądu" zjawiska, jeśli nie przyczyny zaginięcia statku Phobos 2?

Odpowiedź przyszła jakieś trzy miesiące później. Władze radzieckie, naciskane przez międzynarodowych udziałowców misji Phobos, żeby dostarczyły więcej określonych danych, wyemitowały okrojoną transmisję telewizyjną Phobosa 2, przesłaną na Ziemię w ostatnich chwilach (nie pokazano ostatnich ujęć), odebraną kilka sekund przed zamilknięciem statku. Sekwencję tę pokazały niektóre stacje telewizyjne w Europie i Kanadzie w swych programach "przeglądu tygodniowego" jako ciekawostkę, a nie bieżącą wiadomość dziennika telewizyjnego.
W przedstawionym w ten sposób telewizyjnym obrazie rzucały się w oczy dwie anomalie. Pierwszą była sieć prostych linii w strefie marsjańskiego równika; niektóre linie były krótkie, niektóre dłuższe, niektóre cienkie, inne na tyle szerokie, by sprawiać wrażenie prostokątów "wytłoczonych" na powierzchni Marsa. Ułożone w równoległe rzędy, tworzyły wzór zajmujący powierzchnię około 600 km2. Ta "anomalia" zdawała się zdecydowanie różnić od jakiegokolwiek naturalnego zjawiska.
Telewizyjny obraz komentował na żywo dr John Becklake z Angielskiego Muzeum Nauki. Określił ten fenomen jako bardzo zagadkowy, ponieważ wzór widziany na powierzchni Marsa został zdjęty nie kamerą optyczną statku, lecz kamerą do zdjęć w podczerwieni – kamerą, która rejestruje obraz obiektów korzystając z ciepła, jakie emitują, a nie z gry światła i cienia na ich powierzchni. Innymi słowy, wzór równoległych linii i prostokątów pokrywający powierzchnię około 600 km2 był źródłem promieniowania termicznego. Jest wysoce nieprawdopodobne, żeby jakieś naturalne źródło promieniowania cieplnego (na przykład gejzer lub skupisko minerałów radioaktywnych pod powierzchnią) utworzyło tak regularny wzór geometryczny. Wielokrotnie oglądany, wzór ten zdecydowanie wyglądał na sztuczny; ale czym był, komentujący naukowiec powiedział – "naprawdę nie wiem".
Ponieważ nie podano do wiadomości publicznej żadnych współrzędnych, pozwalających dokładnie określić miejsce tej "osobliwości", nie jest możliwe ustalenie jej położenia względem innego zagadkowego obiektu na powierzchni Marsa, sfotografowanego przez Marinera 9 (klatka 4209-75). Obiekt ten znajduje się także w strefie równika (pod długością 186,4) i opisywany jest jako "niezwykły układ wcięć z wystającymi ramionami, odchodzącymi od osi centralnej". Według naukowców NASA powstał on wskutek stopienia i zapadnięcia się warstw zmarzliny. Układ tych wcięć, przywodzący na myśl strukturę współczesnego lotniska z kolistym środkiem, od którego promieniście odchodzą podłużne budowle kryjące samoloty, można wyraźniej sobie uzmysłowić, gdy odwróci się zdjęcie (co ukaże części obniżone jako wystające – il. 95).

Przejdziemy teraz do drugiej "anomalii" pokazanej w telewizyjnej sekwencji. Widziany na powierzchni Marsa, wyraźnie zarysowany ciemny kształt można rzeczywiście określić jako "wąską elipsę"; takich słów użyto w pierwszej depeszy z Moskwy. (Tablica N jest klatką z radzieckiej sekwencji telewizyjnej.) Nie ma wątpliwości, że wygląda inaczej niż cień Phobosa, zarejestrowany osiemnaście lat wcześniej przez Marinera 9 (tab. O). Ten drugi jest cieniem o kształcie zaokrąglonej elipsy i zamazanych brzegach, co odpowiada nierównej powierzchni tego księżyca. "Anomalia" zauważona podczas transmisji Phobosa 2 była wąską elipsą o raczej ostrych niż zaokrąglonych wierzchołkach (kształt znany w handlu diamentami jako "markiza") oraz brzegach raczej wyraźnych niż zamazanych. Cień ten zarysował się ostro na tle rozświetlonego kręgu na powierzchni Marsa. Dr Becklake określił to jako "coś, co znajduje się między statkiem a Marsem, jako że niżej widzimy powierzchnię Marsa" i podkreślił, że obiekt zarejestrowała zarówno kamera optyczna, jak kamera do zdjęć w podczerwieni (reagująca na promieniowanie termiczne).


Wszystko to wyjaśnia, dlaczego Rosjanie nie sugerowali, że ciemna "wąska elipsa" mogła być cieniem Księżyca.
Gdy zatrzymano obraz na ekranie, dr Becklake wyjaśnił, że statek wykonał to zdjęcie w czasie, kiedy zrównywał się z Phobosem (księżycem). "Gdy ostatni obraz był w połowie drogi – powiedział – oni [Rosjanie] zobaczyli coś, czego tam być nie powinno". Rosjanie – kontynuował – "nie ujawnili jeszcze tego ostatniego obrazu, a my nie będziemy zgadywać, co przedstawiał".
Ponieważ ostatnia klatka – czy klatki – nie została publicznie ujawniona nawet rok po incydencie, można tylko się domyślać, przypuszczać lub wierzyć pogłoskom, według których ostatnie ujęcie, od połowy drogi jego transmisji, ukazuje "coś, czego tam być nie powinno", coś zbliżającego się z wielką szybkością do Phobosa 2 i zderzającego się z nim, czego skutkiem było natychmiastowe przerwanie transmisji. Potem, według wyżej przytoczonych raportów, po paru godzinach odebrano słabe sygnały, zbyt zniekształcone, żeby je można było odczytać. (Raport ten mimochodem zadaje kłam początkowemu wyjaśnieniu, że statek nie mógł ustawić swoich anten w kierunku Ziemi.)
W "Nature" z 19.10.1989 radzieccy naukowcy opublikowali serię raportów naukowych omawiających eksperymenty, jakie Phobos 2 zdołał przeprowadzić. Z trzydziestu siedmiu stron tych opisów zaledwie trzy akapity poświęcono sprawie utraty statku. Raport przyznaje, że statek wpadł w ruch obrotowy (wokół własnej osi) albo z powodu awarii komputera, albo dlatego, że Phobosa 2 "uderzył" jakiś nieznany obiekt (teorię, że była to kolizja z "chmurą pyłową", raport odrzuca).
A więc czym było to "coś, czego tam być nie powinno", co zderzyło się z Phobosem 2, czyli uderzyło go? Co zawiera wciąż utajniona ostatnia klatka (czy klatki)? W wywiadzie dla "AW&ST" prezes radzieckiego odpowiednika NASA, gdy próbował wyjaśnić nagłą utratę łączności ze statkiem, ostrożnie poruszył temat ostatniej klatki, mówiąc:
"Wydaje się, że na jednym zdjęciu widać między statkiem a Marsem obiekt o dziwnym kształcie".
Jeśli nie był to "gruz" ani "pył", ani "odrzucony element Phobosa 2", czym był ów "obiekt", który, co przyznają teraz wszystkie relacje z tego incydentu, zderzył się ze statkiem – obiekt, którego uderzenie było wystarczająco silne, żeby wprawić statek w ruch obrotowy, i którego obraz został utrwalony na ostatnich klatkach zdjęciowych?
"Po prostu nie wiemy" – powiedział szef radzieckiego programu kosmicznego.
Ale wszystkie oznaki, że na Marsie istnieje baza kosmiczna, oraz dziwny "cień" zarejestrowany na niebie tej planety prowadzą w sumie do budzącego grozę wniosku: to, co kryją w sobie utajnione klatki, jest dowodem, że utrata Phobosa 2 nie była wypadkiem, lecz incydentem.
Być może pierwszym incydentem wojen gwiezdnych – zestrzeleniem przez obcych z innej planety ziemskiego statku, który zbliżył się za bardzo do ich marsjańskiej bazy.
Czy nie uszło uwagi czytelnika, że odpowiedź radzieckiego szefa badań kosmicznych, "po prostu nie wiemy", na pytanie, czym był ten "obiekt o dziwnym kształcie między statkiem a Marsem", równała się wyznaniu, że było to UFO – Niezidentyfikowany Obiekt Latający?
W ostatnich dziesięcioleciach, odkąd to zjawisko, nazywane zrazu latającymi talerzami, a później UFO, stało się znaną na całym świecie, nie wyjaśnioną sensacją, żaden szanujący się naukowiec nie poruszył tego tematu nawet mimochodem – a jeśli, to tylko po to, żeby wyśmiać tę sprawę i każdego, kto jest na tyle głupi, żeby brać ją na poważnie.
"Współczesna era UFO", według Antonio Huneeusa, autora książek naukowych i światowej sławy prelegenta zajmującego się tematem UFO, zaczęła się 24 czerwca 1947, kiedy Kenneth Arnold, amerykański pilot i biznesmen, zaobserwował dziewięć srebrnych dysków, lecących w szyku nad Cascade Mountains w stanie Waszyngton. Termin "latający talerz", który wszedł potem w użycie, pochodzi od słów Arnolda, opisującego te tajemnicze obiekty.
Chociaż po "przypadku Arnolda" nastąpiły dalsze incydenty, zaobserwowane podobno na całym terenie Stanów Zjednoczonych i w innych częściach świata, przypadkiem, który uważa się za najbardziej znaczący i wciąż się go omawia (a nawet dramatyzuje w telewizji), jest domniemana katastrofa "obcego statku kosmicznego", który 2 lipca 1947 – tydzień po obserwacji Arnolda – roztrzaskał się na ranczo koło Roswell w stanie Nowy Meksyk. Tamtego wieczoru widziano na niebie nad tym terenem jasno świecący obiekt w kształcie dysku; następnego dnia farmer William Brazel znalazł na swoim polu położonym na północny zachód od Roswell porozrzucane szczątki wraku. Wrak oraz "metal" tych szczątków wyglądał dziwnie; o odkryciu powiadomiono pobliską bazę Powietrznych Sił Zbrojnych w Roswell Field (która w tamtym czasie jako jedyna w świecie dysponowała bronią nuklearną). Oficer wywiadu, Jesse Marcel, wraz z oficerem kontrwywiadu udał się na miejsce katastrofy zbadać szczątki. Kawałki te, mające różny kształt, sprawiały optyczne i dotykowe wrażenie drewna balsa, ale nie były drewnem; mimo poważnych wysiłków badaczy nie można ich było spalić ani wygiąć. Na jednym fragmencie znaleziono znaki geometryczne, które nazywano później "hieroglifami". Po powrocie do bazy dowódca jednostki polecił oficerowi rzecznikowi zawiadomić prasę (w oświadczeniu datowanym na 7 lipca 1947), że personel AAF odnalazł części "rozbitego latającego talerza". Z oświadczenia tego zrobiono nagłówek w The Roswell Daily Record (il. 96); wiadomość podchwyciła też radiowa służba prasowa w Albuquerque w stanie Nowy Meksyk. Po kilku godzinach wystosowano nowe, zastępujące pierwsze, oficjalne oświadczenie, w którym twierdzono, że są to szczątki balonu meteorologicznego. Gazety wydrukowały sprostowanie; a według niektórych relacji radiostacjom przykazano, żeby przestały nadawać pierwszą wersję, wydając im polecenie: "Przerwać transmisję. Kwestia bezpieczeństwa narodowego. Nie trans znitować".

Mimo tej poprawionej wersji i dalszych oficjalnych zaprzeczeń, że w Roswell miał miejsce jakiś incydent z "latającym talerzem", wiele osób zaangażowanych w to wydarzenie do dziś dnia upiera się przy pierwszej wersji. Wielu też zapewnia, że w pobliskim miejscu rozbicia się innego "latającego talerza" (w rejonie położonym na północ od Soccoro, Nowy Meksyk) cywilni świadkowie widzieli nie tylko wrak, lecz także kilka ciał martwych osobników podobnych do ludzi. Te ciała, a także ciała domniemanych "obcych", którzy rozbili się w jeszcze innej, późniejszej katastrofie, zostały, co relacjonowały różne źródła, poddane badaniom w Wright-Patterson Air Force Base w Ohio. Według dokumentu znanego w kręgach ufologów jako MJ-12 lub Majestic-12 (niektórzy twierdzą, że są to dwa różne dokumenty), prezydent Truman powołał we wrześniu 1947 zaprzysiężoną, supertajną komisję specjalistów do zbadania sprawy Roswell i podobnych incydentów. Autentyczność tego dokumentu pozostaje jednak nie sprawdzona. Faktem jest, że senatorowi Barry'emu Goldwaterowi, który albo stał na czele, albo wchodził w skład zarządu komitetów w służbie wywiadu, sił zbrojnych, dowództwa taktycznego oraz instytucji naukowych związanych z technologią kosmiczną, ustawicznie odmawiano dostępu do tak zwanego niebieskiego pokoju (Blue Room) w bazie Wright-Patterson. "Dawno temu, po długich staraniach zaprzestałem prób uzyskania dostępu do tak zwanego niebieskiego pokoju w bazie Wright-Patterson, ponieważ każdy kolejny dowódca bazy odmawiał mojej prośbie" – napisał w ankiecie w roku 1981. "Tej rzeczy nadano tak wysoką rangę [...], że po prostu nie sposób dowiedzieć się czegokolwiek o tej sprawie".
W reakcji na wciąż powtarzające się doniesienia o przypadkach zaobserwowania UFO oraz na niepokój wywołany przesadnym utajnieniem tej kwestii przez czynniki oficjalne, Siły Powietrzne USA przeprowadziły kilka programów badawczych zjawiska UFO w ramach takich projektów, jak Sign, Grudge i Blue Book. W latach 1947-69 zbadano około trzynastu tysięcy doniesień o UFO i ogólnie rzecz biorąc, uznano je za zjawiska naturalne: balony, samoloty lub po prostu twory wyobraźni. Ale około siedmiuset przypadków pozostało nie wyjaśnionych. W 1953 roku Biuro Wywiadu Naukowego CIA zwołało zespół naukowców i przedstawicieli rządu, znany jako Robertson Panel. Grupa ta spędziła bitych dwanaście godzin na oglądaniu filmów rejestrujących UFO i poznawaniu historii oglądanych obiektów. Po zbadaniu uzupełniających informacji, grono zaopiniowało, że "większość przypadków można racjonalnie wytłumaczyć". Przedstawiony materiał wykazuje jednak – stwierdzili uczestnicy zebrania – że pozostałej części tych incydentów nie można wytłumaczyć przyczynami ziemskimi, wobec czego "jedynym wyjaśnieniem wielu z tych przypadków jest przyjęcie ich ťpozaziemskiegoŤ charakteru, mimo że współczesna wiedza astronomiczna o Układzie Słonecznym każe traktować możliwość istnienia istot rozumnych [...] gdziekolwiek indziej niż na Ziemi jako skrajnie nieprawdopodobną".
Podczas gdy czynniki oficjalne nie przestawały "demaskować" doniesień o UFO (innym programem badawczym, podobnie pomyślanym i podobnie wnioskującym, był rządowo upełnomocniony Naukowy Program Badań Niezidentyfikowanych Obiektów Latających, prowadzony przez Uniwersytet w Kolorado w latach 1966-1969), liczba przypadków zaobserwowań i "spotkań" nie przestawała wzrastać. W licznych krajach powstały amatorskie grupy badaczy cywilnych. Obecnie grupy te klasyfikują spotkania z UFO; przypadkami "drugiego stopnia" zwane są incydenty pozostawiające fizyczny dowód (ślady po lądowaniu lub części maszyn), o przypadkach "trzeciego stopnia" mówi się wtedy, gdy dochodzi do kontaktu z pilotami UFO.
Poprzednie opisy UFO były zróżnicowane: od "latających talerzy" do "statków w kształcie cygar". Teraz w większości przypadków opisuje się je jako koliste konstrukcje, osiadające, jeśli lądują, na trzech lub czterech wysuwanych nogach. Opisy pilotów stały się także bardziej ujednolicone: podobni do ludzi o wzroście od 1 do 1,2 m z wielkimi, bezwłosymi głowami i bardzo dużymi oczami (il. 97a, B). Według relacji przypuszczalnie naocznego świadka, oficera wywiadu wojskowego, który widział "odnalezione UFO i ciała obcych" w "tajnej bazie w Arizonie", ci podobni do ludzi osobnicy "byli bardzo, bardzo biali; nie mieli uszu ani nozdrzy. Mieli tylko otwory i maleńkie usta; ich oczy były olbrzymie. Nie mieli zarostu na twarzy ani włosów na głowie, ani włosów łonowych. Byli nadzy. Myślę, że najwyższy z nich mógł mieć około jednego metra wzrostu, może trochę więcej". Świadek dodał, że nie widział u nich genitaliów ani gruczołów piersiowych, chociaż niektórzy wyglądali na osobników męskich, inni zaś na żeńskich.

Doniesienia o przypadkach zaobserwowania UFO czy kontaktach z nimi napływają od wielkiej rzeszy ludzi wszelkich profesji i z każdego zakątka świata. Na przykład prezydent Jimmy Carter w kampanii wyborczej w 1976 roku ujawnił, że widział UFO. Podjął działania na rzecz "udostępnienia opinii publicznej i naukowcom każdej osiągalnej w kraju informacji o zaobserwowaniu UFO"; ale z przyczyn, jakich nigdy nie podano, jego obietnica wyborcza nie została dotrzymana.
Poza polityką oficjalnego "demaskowania" doniesień o UFO, stosowaną przez władze amerykańskie, tym, co irytuje Amerykanów przekonanych o istnieniu UFO, jest postawa czynników oficjalnych, które staraj się wywołać wrażenie, że instytucje rządowe przestały się interesować nawet kwestią sprawdzania nadchodzących raportów o UFO, podczas gdy raz po raz wychodzi na jaw, że ta czy inna instytucja rządowa, włącznie z NASA, ani na chwilę nie przestaje pilnie badać tego zjawiska. W Związku Radzieckim natomiast Instytut Badań Kosmicznych opublikował w 1979 roku rezolucję o "Obserwacjach Anomalnych Zjawisk Atmosferycznych" ("anomalne zjawiska atmosferyczne" to rosyjski termin określający UFO), a w 1984 roku Radziecka Akademia Nauk powołała stałą komisję do badań tego rodzaju osobliwości. Ze strony wojskowej przedmiot ten wszedł w zakres jurysdykcji GRU (wywiadu wojskowego radzieckiego sztabu generalnego); jego zadaniem było ustalenie, czy UFO są "tajnymi pojazdami obcych mocarstw", nieznanymi zjawiskami naturalnymi, czy "załogowymi lub bezzałogowymi, pozaziemskimi sondami, obserwującymi Ziemię".
Wśród licznych poświadczonych lub rzekomych przypadków zaobserwowania UFO w Związku Radzieckim, znajdują się raporty radzieckich kosmonautów. We wrześniu 1989 roku władze radzieckie wykonały znaczący krok zezwalając rządowej agencji prasowej TASS opublikować reportaż o incydencie z UFO w Woroneżu w taki sposób, że wiadomość ta znalazła się w czołówkach gazet całego świata. Mimo typowego w takich razach sceptycyzmu, TASS relacjonowała tę historię jako autentyczną.
Władze francuskie są też mniej "demaskatorskie" niż władze amerykańskie. W roku 1977 Narodowa Agencja Kosmiczna Francji (CNES) na zebraniu zarządu w Tuluzie ustanowiła Wydział Badań Niezidentyfikowanych Obiektów w Przestrzeni Powietrznej (GEPAN), przemianowany ostatnio na Service d'Expertise des Phenomenes de Rentree Atmospherique, wyznaczając mu ten sam cel: rejestrowanie i analizowanie doniesień o UFO. Do głośniejszych przypadków obserwacji UFO zaliczają się uzupełniające oględziny miejsc (włącznie z analizą gleby), w których widziano lądujące UFO; badania te stwierdziły "obecność śladów, jakich nie można zadowalająco wyjaśnić". Większość francuskich naukowców podziela lekceważący stosunek swych kolegów z innych krajów do tego tematu, jakkolwiek ci, którzy się zaangażowali w badania UFO i wyrazili swoją opinię, zgadzają się, że zjawisko to jest "przejawem działania istot pozaziemskich".
W Wielkiej Brytanii kurtyna nad zjawiskiem UFO opuszczona jest szczelnie, mimo takich wysiłków, jak indagacje Grupy Badaczy UFO Izby Lordów, zainicjowanej przez Lorda Clancarty (audytorium, przed którym miałem zaszczyt przemawiać w 1980 roku). Brytyjskie doświadczenia w tym względzie, jak również doświadczenia wielu innych krajów, opisane są dość szczegółowo w książce Timothy Gooda Above Top Secrer (1987). Bogactwo cytowanych czy reprodukowanych w książce Gooda dokumentów prowadzi do wniosku, że początkowo różne rządy "przykrywały" swoje ustalenia na ten temat, ponieważ podejrzewały, że UFO są zaawansowanymi technicznie samolotami jakiegoś mocarstwa, przyznanie zaś wyższości technicznej wrogowi nie leżało w interesie rządów. Ale kiedy w domysłach (lub wiedzy na ten temat) pozaziemska natura UFO wysunęła się na pierwszy plan, pamięć o panice, jaką wywołało słuchowisko radiowe Orsona Wellesa "Wojna światów", stała się głównym uzasadnieniem tego, co entuzjaści UFO nazywają przykrywką.
Prawdziwym problemem związanym z UFO jest dla wielu osób brak spójnej i przekonującej teorii, wyjaśniającej pochodzenie i cel UFO. Skąd one się biorą? I dlaczego?
Ja sam nie zetknąłem się osobiście z UFO, nie mówiąc już o tym, że nic byłem poddawany obdukcjom i eksperymentom przez podobnych do ludni osobników o eliptycznych głowach i wyłupiastych oczach – takie incydenty widziało i doświadczyło wiele osób, jeśli doniesienia te są prawdziwe. Ale kiedy pytają mnie, czy wierzę w UFO, odpowiadam na to czasem pewną relacją. Wyobraźmy sobie, mówię do ludzi w pokoju lub do audytorium na sali, że drzwi wejściowe otwierają się z trzaskiem i wpada do środka młody człowiek w stanie wielkiego wzburzenia, aż do utraty tchu wyczerpany biegiem; ignorując nasze zebranie, krzyczy po prostu: "Nie uwierzycie, co mi się przydarzyło!" Opowiada dalej, że był na wycieczce poza miastem, że się ściemniło, a on był zmęczony, że znalazł jakieś kamienie, położył na nich swój plecak, oparł na nim głowę jak na poduszce i zasnął. Potem został nagle obudzony, nie dźwiękiem, lecz jasnymi światłami. Spojrzał i zobaczył jakieś istoty wchodzące w górę i schodzące w dół po drabinie. Drabina była skierowana w niebo, prowadziła do wiszącego nad ziemią, kolistego obiektu. W tym obiekcie było wejście, przez które buchało światło z wewnątrz; na tle światła rysowała się sylwetka dowódcy tych istot. Widok był tak przerażający, że nasz chłopak zemdlał. Gdy się ocknął, nie było już nic do zobaczenia. Wszystko, co tam było, zniknęło.
Wciąż wzburzony swoim przeżyciem, młody człowiek kończy opowieść mówiąc, że ostatecznie nie ma pewności, czy to, co widział, było rzeczywistością, czy wizją, a może snem. Jak myślicie, czy można mu wierzyć?
Powinniśmy mu wierzyć, mówię wtedy, jeśli wierzymy w Biblię, ponieważ to, co teraz opowiedziałem, jest historią o wizji Jakuba, przedstawioną w rozdziale 28 Genesis. Chociaż był to obraz widziany w transie podobnym do snu, Jakub nie wątpił, że ten obraz był realny, i powiedział:
"Zaprawdę, Jahwe jest na tym miejscu,
a ja nie wiedziałem [...]
Nic tu innego, tylko dom bogów
i brama do nieba". Kiedyś na konferencji, podczas której inni prelegenci roztrząsali temat UFO, wskazałem na fakt, że nie ma czegoś takiego, jak Niezidentyfikowane Obiekty Latające. Są one niezidentyfikowane czy niewytłumaczalne dla kogoś, kto je zauważy, lecz ci, którzy je pilotują, doskonale wiedzą, czym one są. Co oczywiste, wiszący nad ziemią statek, widziany przez Jakuba, został natychmiast rozpoznany przez niego jako przedmiot należący do Elohim, bogów. Nie wiedział tylko, wyjaśnia Biblia, że miejsce, na którym spał, było jednym z ich lądowisk.
Biblijna opowieść o wniebowstąpieniu proroka Eliasza opisuje ów pojazd jako ognisty rydwan. Natomiast prorok Ezechiel w swej dobrze udokumentowanej wizji przedstawia niebiański czy powietrzny pojazd, który sprawiał wrażenie gwałtownego wiatru i mógł lądować na czterech kołach.
Starożytne wizerunki i terminologia świadczą o tym, że nawet wtedy rozróżniano typy latających maszyn i ich pilotów. Były pojazdy rakietowe (il. 98a) służące jako wahadłowce i były orbitery; widzieliśmy już, jak wyglądali astronauci Anunnaki i jak wyglądali orbitujący Igigi. Były też "śmigłe ptaki", czyli "niebiańskie izby", jakie nazywamy teraz helikopterami oraz samolotami VTOL (Uertical Take-Off and Land); jak te pojazdy wyglądały w starożytności, widać na fresku w osadzie po wschodniej stronie Jordanu, w pobliżu miejsca, z którego Eliasz został wzięty do nieba (il. 98b). Bogini Inanna/Isztar lubiła pilotować swoją "niebiańską izbę", ubrana w tamtych czasach jak pilot z pierwszej wojny światowej (il. 98c).

Znaleziono też inne wizerunki – gliniane figurki wyobrażające istoty podobne do ludzi, z eliptycznymi głowami i wielkimi, skośnymi oczami (il. 99). Niezwykłą cechę stanowi ich dwupłciowość (albo bezpłciowość): są przedstawiani z narządami obu płci.

Z rysunków "humanoidów" wykonanych przez tych, którzy twierdzą, że widzieli pilotów UFO, wyraźnie widać, że te istoty nie wyglądają jak my co znaczy, że nie wyglądają jak Anunnaki. Wyglądają raczej jak dziwne humanoidy przedstawione w starożytnych figurkach.
To podobieństwo może stanowić ważną wskazówkę co do tożsamości przypuszczalnych pilotów domniemanych UFO, owych drobnych istot o gładkiej skórze, eliptycznych głowach i dziwnych, wielkich oczach, stworów, które nie mają organów płciowych i włosów. Jeśli te opowieści są prawdziwe, to istoty widziane przez "świadków" nie są ludźmi, rozumnymi istotami z innej planety – lecz antropomorficznymi robotami.
Choćby tylko niewielki procent tych raportów był prawdziwy, to stosunkowo wielka liczba wizyt pozaziemskich statków, które ostatnio dotarły do Ziemi, sugeruje, że żadnym sposobem nie mogły one w tej liczbie i z taką częstotliwością przybywać z odległej planety. Jeśli nas odwiedzają, muszą przybywać z kosmicznego sąsiedztwa.
A jedynym możliwym do przyjęcia kandydatem w tym względzie jest Mars – i jego księżyc Phobos.
* * *
Powody uczynienia z Marsa bazy wypadowej, służącej kosmitom w ich wyprawach na Ziemię, powinny być już jasne. Świadectwa wspierające moją sugestię, że Mars był w przeszłości bazą kosmiczną Anunnaki, zostały przedstawione. Okoliczności, w jakich zaginął Phobos 2, wskazują na to, że ktoś wrócił na Marsa – ktoś zdecydowany niszczyć statki "intruzów". Jak do tego wszystkiego pasuje księżyc Phobos?
Pasuje po prostu świetnie.
Aby zrozumieć dlaczego, rozpatrzmy i wymieńmy powody, dla których zorganizowano w 1989 roku misję Phobos. Obecny Mars ma dwa niewielkie satelity, Phobosa i Deimosa. Uważa się, że obydwa te ciała niebieskie nie są oryginalnymi księżycami Marsa, lecz przechwyconymi na jego orbitę planetoidami. Są to ciała typu węglowego (patrz omówienie planetoid w rozdziale 4), a zatem zawierają znaczne ilości wody, głównie w postaci lodu płytko pod powierzchnią. Wysunięto sugestię, że za pomocą baterii słonecznych lub niewielkiego generatora jądrowego można by stopić lód, aby otrzymać wodę. Wodę można by potem rozłożyć na tlen konieczny do oddychania i wodór, który posłużyłby jako paliwo. Wodór można by też łączyć z obecnym na księżycu węglem, aby uzyskać węglowodory. Podobnie jak inne planetoidy, ciała te zawierają azot, amoniak i inne związki organiczne. Ogółem wziąwszy, księżyce te mogłyby stać się samowystarczalnymi bazami – darem natury.
Deimos byłby mniej odpowiedni do tego celu. Orbituje w odległości mniej więcej 24 000 km od Marsa; jego średnica waha się od 11 do 14 km. O wiele większy Phobos (o średnicy od 19 do 27 km) znajduje się w odległości zaledwie około 9000 km od Marsa – krótki skok dla wahadłowca czy transportera przemieszczającego się z jednego miejsca na drugie. Jako że Phobos (tak samo jak Deimos) krąży wokół Marsa w płaszczyźnie równikowej, może być obserwowany z Marsa (można też z niego prowadzić obserwacje Marsa) w pasie między sześćdziesiątym piątym północnym i południowym równoleżnikiem – w pasie tym znajdują się wszystkie niezwykłe, wyglądające na sztuczne obiekty na Marsie, z wyjątkiem "miasta Inków". Co więcej, ze względu na swą bliskość Phobos wykonuje około 3,5 okrążenia wokół Marsa podczas jednego dnia marsjańskiego – jest prawie zawsze obecny.
Tym, co dodatkowo przemawia za kandydaturą Phobosa do stania sil naturalną bazą na orbicie Marsa, jest jego znikoma siła ciążenia w porównaniu z Ziemią czy nawet Marsem. Aby wystartować z Phobosa, nie trzeba większej energii niż ta, która nadaje pojazdowi prędkość ucieczki 24 km na godzinę; i odwrotnie, wystarczy niewielka siła, aby wyhamować statek przy lądowaniu.
Z tych powodów wysłano tam dwa radzieckie statki, Phobos 1 i Phobos 2. Publiczną tajemnicą pozostawał fakt, że misja ta była ekspedycją zwiadowczą, mającą zbadać warunki planowanego wysadzenia na Marsie "pojazdu-robota" w 1994 roku, a potem wysłania tam misji załogowej z zadaniem założenia bazy w następnym dziesięcioleciu. Na odprawach w centrum kontroli lotów w Moskwie ujawniono, że statki są wyposażone w aparaturę do wykrywania "emitujących ciepło obszarów na Marsie" i mają na celu "dokładniejsze rozpoznanie, jakiego rodzaju życie istnieje na Marsie". Chociaż dodano szybko zastrzeżenie " jeśli w ogóle istnieje tam życie", program zbadania zarówno Marsa, jak Phobosa nie tylko w dziedzinie podczerwieni, lecz także detektorami promieniowania gamma, wskazywał na bardzo celowe poszukiwania.
Po zbadaniu Marsa oba statki miały bez reszty skupić się na Phobosie. Miały go badać radarem, układami na podczerwień i promienie gamma oraz fotografować kamerami telewizyjnymi. Oprócz takiego sondowania z orbity, statki miały osadzić na powierzchni Phobosa dwa typy lądowników: urządzenie stacjonarne, które zakotwiczyłoby się na powierzchni i przekazywało dane przez długi czas, oraz "skoczka" – robota na sprężystych nogach, przeznaczonego do poruszania się skokami po powierzchni całego księżyca i sukcesywnego transmitowania danych.
W arsenale sztuczek Phobosa 2 przewidziano jeszcze inne eksperymenty. Statek był wyposażony w źródło emisji jonów i broń laserową, która miała strzelać promieniami w księżyc i wzburzać w ten sposób pył oraz rozproszkowywać materię na powierzchni; aparatura na pokładzie statku miała analizować powstającą chmurę. W tej fazie badań przewidywano zawieszenie statku zaledwie 45 m nad powierzchnią Phobosa; jego kamery miały rejestrować obiekty nawet nie większe niż 15 cm.
Co dokładnie spodziewali się odkryć projektanci tej misji w tak szerokim zakresie badań? Kwestia musiała być naprawdę ważna, bo jak się później okazało, wśród "indywidualnych naukowców" ze Stanów Zjednoczonych, zaangażowanych w planowanie i wyposażanie misji, znajdowali się Amerykanie z doświadczeniem w badaniu Marsa, których udział i role w tym przedsięwzięciu sankcjonował oficjalnie rząd USA w ramach polepszenia stosunków amerykańsko-radzieckich. Także NASA udostępniła misji swoją sieć radioteleskopów (DSN), używaną nie tylko do łączności z satelitami, lecz również w programach poszukiwań cywilizacji pozaziemskich SETI (Search for Extraterrestial Intelligence), natomiast naukowcy z JPL w kalifornijskiej Pasadenie pomagali śledzić statek Phobos i kontrolować przekazywanie danych. Stało się też wiadome, że naukowcy brytyjscy, którzy uczestniczyli w programie, zostali wyznaczeni do tej misji przez British National Space Center.
Wraz z uczestnikami francuskimi, działającymi z ramienia Narodowej Agencji Kosmicznej w Tuluzie, wkładem prestiżowego Instytutu Maxa Plancka z Zachodnich Niemiec, udziałem tuzina innych europejskich państw, Misja Phobos była w istocie skoncentrowanym wysiłkiem współczesnej nauki, zmierzającym do zdarcia zasłony z Marsa i dokonania w ten sposób istotnego kroku na drodze podboju Kosmosu.
Ale czy na Marsie był ktoś, kto nie życzył sobie tego kroku?
Co godne uwagi, Phobos w odróżnieniu od mniejszego i powierzchniowo gładszego Deimosa odznacza się osobliwymi cechami, które skłoniły niektórych naukowców do przypuszczeń, że został on uformowany w sposób sztuczny. Są to przedziwne "ślady torów" (il. 100), biegnące niemal prosto i równolegle. Ich szerokość jest niemal znormalizowana, wynosi od około 200 do 300 m, ujednolicona jest także głębokość, 23-27 m (według pomiarów dokonanych z orbiterów

Vikinga). Możliwość, że te "rowy" czy tory powstały wskutek działania płynącej wody lub wiatru, została wykluczona, ponieważ na Phobosie żaden z tych czynników nie występuje. Tory te wydają się prowadzić do lub od krateru, który pokrywa więcej niż jedną trzecią średnicy księżyca i którego krawędź jest tak doskonale okrągła, że wygląda na twór sztuczny (patrz il. 94).
Czym są te tory czy rowy, jak powstały, dlaczego odchodzą od okrągłego krateru i czy ten krater prowadzi w głąb księżyca? Naukowcy radzieccy są zdania, że ogólnie rzecz biorąc, w Phobosie jest coś sztucznego, ponieważ jego prawie idealnie kolista orbita wokół Marsa przy tak bliskiej odległości od planety przeczy prawom mechaniki nieba: Phobos, a także do pewnego stopnia Deimos, powinny mieć orbity eliptyczne, które albo wyrzuciłyby je w przestrzeń, albo doprowadziły do zderzenia z Marsem już dawno temu.
Wynikający z tego wniosek, że Phobos i Deimos mogły być umieszczone na orbicie wokół Marsa sztucznie przez "kogoś", wydaje się niedorzeczny. Faktem jest jednak, że chwytanie planetoid i holowanie ich na miejsce, gdzie krążyłyby na stałej orbicie wokółziemskiej, uważa się za wyczyn technologicznie wykonalny. Tak dalece jest to możliwe, że taki plan przedstawiono na III Dorocznej Konferencji w Sprawie Eksploatacji Kosmosu; zorganizowanej w San Francisco w roku 1984. Richard Gertsch z Colorado School of Mines, jeden z kilku projektodawców tego planu, wskazał na to, że w przestrzeni kosmicznej "istnieje oszałamiająca różnorodność surowców", "szczególnie planetoidy obfitują w minerały strategiczne, takie, jak chrom, german i gal". "Uważam, że rozpoznaliśmy już planetoidy, które są dostępne i mogłyby być eksploatowane" – stwierdziła Eleanor F. Helin z JPL.
Czy byli tacy, co dawno temu urzeczywistnili idee i plany, jakie współczesna nauka zamierza zrealizować w przyszłości – wprowadzając Phobosa i Deimosa, dwie schwytane planetoidy, na orbitę wokół Marsa, aby przekopywać ich wnętrza?
W latach sześćdziesiątych zauważono, że Phobos przyspiesza swój ruch na orbicie wokół Marsa; skłoniło to naukowców radzieckich do wysunięcia sugestii, iż Phobos jest lżejszy niż wskazują na to jego rozmiary. Radziecki fizyk I. S. Szkłowski przedstawił wtedy zdumiewającą hipotezę, że Phobos jest pusty.
Pewien radziecki pisarz rzucił zatem myśl, że Phobos jest "sztucznym satelitą", wprowadzonym na orbitę wokół Marsa przez "wymarłą rasę humanoidów przed milionami lat". Inni wyśmiali ideę pustego satelity i zasugerowali, że Phobos przyspiesza, ponieważ dryfuje coraz bliżej Marsa. Szczegółowy raport w "Nature" przedstawił teraz wyniki badań wskazujących na to, że Phobos jest mniej gęsty niż uważano, tak że jego wnętrze albo wypełnia lód, albo zgoła nic.
Czy naturalny krater i wewnętrzne zagłębienia zostały sztucznie powiększone i wydrążone przez "kogoś", aby stworzyć w Phobosie kryjówkę chroniącą jego kolonizatorów przed zimnem i promieniowaniem kosmicznym? Radziecki raport nie zajmuje się tym szczegółem; to, co mówi na temat "torów", jest jednak konkretne. Nazywa je "bruzdami", relacjonuje, że ich krawędzie są jaśniejsze niż powierzchnia księżyca i, co naprawdę jest rewelacją, że na terenie położonym na zachód od wielkiego krateru "można rozpoznać nowe bruzdy" – czy tory, których nie było, gdy Mariner 9 i Vikingi fotografowały księżyc.
Ponieważ na Phobosie nie występuje aktywność wulkaniczna (krater w swym kształcie naturalnym powstał wskutek uderzeń meteorów, a nie wybuchów wulkanu), nie występują żadne burze, żadne deszcze, żadna płynąca woda – w jaki sposób powstały nowe, wyżłobione tory? Kto był na Phobosie (a zatem i na Marsie) od lat siedemdziesiątych? Kto jest tam teraz?
Bo jeśli nikogo nie ma, jak wyjaśnić incydent z 27 marca 1989 roku?
Przyprawiająca o dreszcz możliwość, że nauka współczesna doganiając starożytną wiedzę doprowadziła ludzkość do pierwszego incydentu wojny światów, ożywia sytuację drzemiącą od prawie pięciu i pół tysiąca lat.
Analogiczne wydarzenie znane jest jako incydent Wieży Babel; opisany jest on w rozdziale 11 Genesis. W Wojnach bogów i ludzi przytaczam wcześniejsze teksty mezopotamskie, relacjonujące ów incydent bardziej szczegółowo. Według mojej oceny i interpretacji wydarzyło się to w roku 3450 prz. Chr. i było pierwszą próbą Marduka założenia bazy kosmicznej w Babilonie, aktem nieposłuszeństwa wobec Enlila i jego synów.
W wersji biblijnej ludzie, których Marduk powołał do tej pracy, budowali w Babilonie miasto z "wieżą, której szczyt sięgałby aż do nieba"; miano na niej zainstalować Szem – rakietę kosmiczną (całkiem możliwe, że w sposób przedstawiony na monecie z Byblos; patrz il. 101). Inne bóstwa nie były jednak zachwycone wypadem ludzkości w Kosmos, a więc:

"Zstąpił Jahwe, aby zobaczyć miasto
i wieżę, które budowali ludzie:" I powiedział do nie nazwanych kolegów:
"To dopiero początek ich dzieła.
Teraz już dla nich nic nie będzie niemożliwe,
cokolwiek zamierzą uczynić.
Przeto zstąpmy tam i pomieszajmy ich język,
aby nikt nie rozumiał języka drugiego". Prawie pięć i pół tysiąca lat później ludzie zebrali się razem i "porozumieli jednym językiem", współdziałając w międzynarodowej misji na Marsa i Phobosa.
I jeszcze raz ktoś nie był tym zachwycony.
C.D.N.