Po drugie, może opowiem jak było w moim przypadku. Gdy zaczynałem Praktyki Podstawowe, nie miałem zbyt wiele informacji na ich temat. Po prostu dostając błogosławieństwo od lamy, poczułem się naprawdę znakomicie i powiedziałem mu, że chciałbym się tak czuć codziennie. Na to Lama tylko się uśmiechnął i odpowiedział: „Powinieneś więcej medytować”. Chciałbym wyjaśnić najpierw, jaka jest różnica pomiędzy długimi i krótkimi medytacjami, tymi na odosobnieniach i w codziennym życiu. Czasami mówi się, że medytacja to umiejętność spoczywania w świeżości chwili. Powracając do przykładu strumienia momentów – gdy podczas medytacji chcemy odprężyć umysł w danej chwili, zauważamy, jakie to trudne, ponieważ jesteśmy na przykład śpiący albo rozproszeni. Lama Ole często mówi: „Bądźcie świadomi bez bycia świadomym czegoś”.
Tak na zakończenie to jest wiele opowiadań o tym, jak uczniowie osiągali wyzwolenie lub oświecenie. Moja ulubiona historia pochodzi jednak z tradycji Nijngma. Kiedyś pewien wielki lama udzielał inicjacji, w której brał udział starszy, dobrze wykształcony Tybetańczyk. Przed inicjacją popełnił błąd: zjadł za dużo cebuli i miał wzdęcie, dlatego cały czas trzymał się za brzuch, obawiając się, że puści bąka. Nie był w ogóle w stanie skupić się na ani jednym słowie, tak koncentrował się na panowaniu nad rozdymającymi jego brzuch wiatrami. Na końcu nauczyciel zaczął chodzić pomiędzy uczestnikami inicjacji, błogosławiąc ich różnymi przedmiotami. Kiedy znalazł się przed tym człowiekiem, po prostu kopnął go w brzuch. Oczywiście rezultatem było głośne, śmierdzące „coś”. Uczeń był zszokowany. Lama powiedział wtedy: „Spójrz teraz w swój umysł”. To był moment całkowitej jedności. Mówi się, że uczeń ten był jedyną osobą, która naprawdę otrzymała ten przekaz mocy.
Jest jeszcze inna historia. Był sobie człowiek, który bardzo dużo medytował, ale po jakimś czasie stwierdził, że nie jest z siebie zadowolony. Poszedł do tego samego nauczyciela, o którym była mowa w poprzednim przykładzie. Był nim Do Czientse Rinpocze, słynny lama z XIX wieku. Uczeń zaczął opowiadać mu o swoich wielkich doświadczeniach. Lama powiedział tylko: „Chodźmy na spacer”. Udali się na piękną, zieloną łąkę. Nauczyciel i uczeń położyli się na trawie i zaczęła się prosta rozmowa: „Czy widzisz chmury na niebie?”. „Tak, widzę.” „Czy słyszysz, jak psy szczekają w klasztorze?”. W ten sposób człowiek ów rozluźnił się i zrozumiał, o co tak naprawdę chodzi.
W zależności od własnego rozwoju, zwiększa się nasz «głód» medytacji.
Można porównać to do sytuacji, gdy idziemy przez ciemny las. Jest zimno, pada, jesteśmy trochę przemoczeni. Gdybyśmy w tej sytuacji zobaczyli gdzieś w oddali ogień, bylibyśmy pewni, że chcemy tam iść. Gdy nie widzimy ognia, ale spotykamy kogoś, kto powie: «Ja kiedyś widziałem ogień», wtedy może trochę będziemy poszukiwać, trochę wątpić, itd. Więc wysiłek, który wkładamy w medytację zależny jest od tego, jak bardzo ufamy, że nam się uda. Większość z nas jest już może przekonana, że możliwe jest osiągnąć wyzwolenie i oświecenie. Niektórzy nie są tego na tyle pewni, żeby chcieć praktykować. Potrzeba im więcej argumentów, więcej analizowania własnego życia. Wszystko zależy od tego, jaki mamy pogląd na życie.
Patrząc z perspektywy najwyższego poglądu, zauważymy, że pomiędzy nami a Buddą nie ma żadnej różnicy.
Wszystkie te nawyki, które uniemożliwiają nam takie spojrzenie, są przemijającymi zasłonami w umyśle. To zupełnie głupie i powierzchowne poglądy. Na tym poglądzie opiera się struktura naszych medytacji, ponieważ wszystkie one prowadzą do oświecenia. Na zakończenie każdej praktyki następuje prawdziwa zmiana w naszym sposobie odnoszenia się do świata – budda rozpuszcza się w światło i stapia się z nami. Nie ma oddzielenia pomiędzy przedmiotem, postrzegającym i tym, co jest postrzegane. To jest bardzo głęboka metoda. Ważne jest, żebyśmy medytowali na buddę, utrzymując w umyśle tę informację. Jeżeli trzymamy się nawyku widzenia buddy jako czegoś oddzielonego od nas, to nie różnimy się wiele od wyznawców chrześcijaństwa czy hinduizmu. Podstawą medytacji Diamentowej Drogi są dwie fazy. Nazywają się czierim, czyli faza budowania, oraz dzogrim, faza spełniająca. Gdy rozpuszczamy formy buddy i stapiamy się z nimi, próbujemy różnych sztuczek, żeby móc odprężyć umysł. Wielu ludziom trudno jest praktykować tę fazę z otwartymi oczami, ponieważ wtedy widzą, że wszystko dookoła jest. Zamykają więc oczy i starają się poczuć jakąś pustość, przestrzeń. Jednak nasze ciało przyzwyczajone jest do posiadania jakiegoś centrum – gdybyśmy na przykład po wyciągnięciu ręki nie wiedzieli, gdzie ona jest, byłoby to oznaką uszkodzenia mózgu lub dysfunkcji neurologicznej. Nawet gdy tylko mówimy, że coś nie ma centrum ani granic, trudno nam to zrozumieć, ponieważ określenia te wykraczają poza dwie koncepcje, którymi kieruje się nieprzebudzona świadomość. Pierwszy z tych poglądów polega na wierze w trwałość materii, w istnienie postrzegającego i tego, co postrzegane. To pewien rodzaj materializmu czy też realizmu. Drugą skrajnością jest nihilizm. Poprzez fazę budowania i fazę spełniającą w medytacji walczymy z obiema skrajnościami. Celem jest spoczywanie w centrum i nie popadanie w skrajności. Z czasem, gdy wykonujemy Praktyki Podstawowe, chodzimy do ośrodka, robimy medytację Trzech Świateł, zasiewamy wiele dobrych wrażeń w umyśle, zaczynamy rozumieć o co chodzi Buddzie gdy mówi, że wszystko jest jak sen.
Słowa zaczynają nabierać sensu. Gdy zaczynamy rozumieć z czym powinniśmy pracować w medytacji, przestaje być ona wysiłkiem. Staje się jasne, że można być świadomym w każdej chwili życia.
Może troszkę zbyt dużo informacji na początek ale może z czegoś skorzystasz

Użytkownik PTR edytował ten post 03.04.2012 - 19:45