Jeśli prawie każdy facet i każda dziewczyna są skłonni oddać swojej drugiej połówce, to... czy w ogóle takie coś jak "miłość' istnieje?
Słuchając opinie mężczyzn, że kobiecie warto oddać, to jestem przekonana, że coś takiego jak miłość nie istnieje.
Miłość to tylko chemia i pierwotny instynkt prokreacji. To wszystko
Jakie to smutne.. Czar prysł.
A jeśli to tylko chemia, to każdy kogut ma prawo podziobać kurę... Taka natura kuraków.
Widzę z ludźmi jest podobnie.
Chciałabym w końcu, żebyście mnie zrozumieli.
Oprócz koleżeńskich szczeniackich porachunków, to z nikim się nigdy nie biłam.
Żadnego faceta nigdy nie uderzyłam z plaskacza, żeby było jasne.
Smuci mnie jednak , że ktoś kto mnie "kocha", chroni, jest ze mną
może mnie kiedyś zaatakować z błahego powodu.
To tak jakby trzymać w domu broń obusieczną...
Znam pewną rodzinę. Na początku byli idealnym małżeństwem,
Znałam tego człowieka , był naprawdę spoko, do rany przyłóż,
Miły , spokojny, towarzyski, nie siał zwad, ideał...
Po parunastu latach małżeństwa okłada swoją żonę gdzie popadnie,
a najbardziej pod wpływem alkoholu- stał się tyranem!
Może właśnie ta sytuacja w tej rodzinie tak wpłynęła na mnie,
że chcę się przekonać i odkryć demona.
Wolę dostać po gębie na wstępie
niż po parunastu latach, będąc matką,
nie mającą już szans na inną - idealną miłość.
Po prostu się boję... bo nie umiem robić krzywdy innym.
A to jest złe... bo dobrze wiem, że jakby mój mąż mnie uderzył, to na 100% bym nie oddała.
Dlaczego bym nie oddała?
Bo nie jestem w stanie uderzyć kogoś kogo kocham.
Ale też nie byłabym w stanie pogodzić się z faktem, że to nie idzie w obie strony.
Pozostaje ta świadomość, że ja traktuję go jak cząstkę siebie ,
a on traktuje mnie jak psa, w sensie " Nie podnoś łapy na pana, bo będę musiał cię ukarać!"
To nie moja wina, że jestem całkowicie pozbawiona agresji i chciałabym by on też taki był...
Kiedyś byłam agresywna, przyznaję się bez bicia.
Raz jednak podniosłam rękę na mojego psa ..
I co zobaczyłam?
Bardzo łagodne spojrzenie, zero zębów, zero burczenia, warczenia...
Jednym słowem rozbroił mnie.
Ręka zawisła mi w powietrzu...
W ogóle się nie bronił, tylko polizał mnie po twarzy.
Od tej pory, chociaż nie raz zbroił coś, nigdy więcej nie podniosłam na niego ręki.
Przekonałam się, jak bardzo mi ufał i nie chciałam stracić tego zaufania.
Ja mu również ufałam na maxa i nigdy się nie zawiodłam na nim.
Nie dawno opuścił ten świat - 20 lat miał - wiadomka.
Ale ja nie umiem się pogodzić z tą stratą...
Lekarze co do jednego stawiają diagnozę - Zespół Stresu Pourazowego!
A znajomi się dziwią i mówią " To tylko pies"
Nie moja wina , że jestem taką wrażliwą duszą, która ma wysokorozwinięte
empatię, telepatię itp.
Teraz przez to zmagam się z PTSD 
Nie agresja a brak agresji nauczyło mnie łagodności... i silnie związało mnie emocjonalnie z moim psim przyjacielem. 
Wiem, że człowiek to nie pies...
No ale jeśli pies potrafił być tak łagodny - anioł, to może istnieje szansa, że wśród ludzi żyją też takie anioły
a Jezus nie był wyjątkiem....
Mam nadzieję, że tak 
Mam nadzieję, że zrozumieliście mnie w końcu,
bo chyba jaśniej wytłumaczyć wam tego nie mogę 
Użytkownik Shadow Of Angel edytował ten post 03.05.2016 - 23:29