Pożar w kinie w Wielopolu Skrzyńskim – pożar 11 maja 1955 roku w Wielopolu Skrzyńskim, w którym zginęło 58 (lub według części źródeł 56) osób, w tym 38 dzieci, a 20 zostało rannych[1].
Pożar wybuchł w parterowym drewnianym baraku mieszczącym się na rynku i pełniącym rolę miejscowej biblioteki oraz klubokawiarni — w największej sali mieściła się mała scena. 11 maja 1955 r. do Wielopola Skrzyńskiego przyjechało kino objazdowe, które miało wyświetlić komedię "Sprawa do załatwienia". Pracownicy kina zażądali przygotowania wnętrza baraku do wyświetlania filmu — na scenie umieszczono ekran, do sali wniesiono drewniane ławy; stół, gdzie pracownicy kina postawili projektor został ustawiony obok wejścia (pracownicy kina nie chcieli wnosić dalej sprzętu); ponadto na żądanie pracowników kina zabito deskami wszystkie okna i zamknięto wejścia do baraku oprócz tego, obok którego stał projektor (pracownicy kina objazdowego nie chcieli, żeby do kina przez okna wchodzili widzowie bez biletów, ale również nie chcieli stać i pilnować okien podczas seansów — wszyscy usiedli potem na krzesłach za stołem). Na stole oprócz projektora rozłożono 10 zwojów taśmy filmowej wyjętych z pudeł (o łącznej wadze 18 kg; były to dwa zwoje Kroniki Filmowej i 8 filmu, czas projekcji każdego zwoju to 10 minut); było to poważne naruszenie zasad pracy z taśmą filmową wykonaną z bardzo łatwopalnego celuloidu, ponieważ należało nieużywaną w danej chwili taśmę przechowywać w metalowych pudłach z dala od projektora i źródeł ognia. Budynek nie posiadał wyposażenia przeciwpożarowego a ponadto w dużej sali były zawieszone liczne ozdoby z papieru (w tej sali odbywały się regularnie potańcówki), dodatkowo drewno, z którego był zbudowany barak, było wysuszone, bo wcześniej długo nie padały deszcze. Z powodu tego, że seans miał zacząć się dopiero po 20
00 (po nabożeństwie majowym), pracownicy kina podczas oczekiwania pili wódkę, tak że do wyświetlania filmu przystąpili mniej lub bardziej pijani. Na seans przybyło około 200 widzów, w większości były to dzieci i młodzież. Według relacji świadków pijani pracownicy kina palili papierosy siedząc lub stojąc przy stole z projektorem i taśmami filmowymi, a niedopałki rzucali na podłogę (w tym miejscu drewniana podłoga była obita blachą), papierosy w tym miejscu także palili niektórzy widzowie. Gdy operator wyjął z projektora czwarty zwój, który się skończył, to albo na ten zwój wypadł mu z ust zapalony papieros albo też zwisający koniec taśmy filmowej dotknął niedogaszonego niedopałka papierosa na podłodze (zeznania świadków były rozbieżne). Zwój zapłonął od razu i operator rzucił go na podłogę. Jednak część kropli płonącego celuloidu spadła na pozostałe zwoje leżące na stole, które zapłonęły, a inna część z kolei spadła na podłogę nieobitą blachą, która także zajęła się ogniem, a od niej błyskawicznie zajęła się reszta baraku. Pracownicy kina uciekli przez drzwi i w obawie przed samosądem schronili się na posterunku MO. Widzowie natomiast zostali uwięzieni w środku płonącego baraku (płomienie wokół stołu zablokowały drzwi).
Część ludzi uciekła przez okno, w którym deski wybił ławą siedzący obok strażak. Pozostali próbowali dopchnąć się do innych wyjść (nie wiedzieli, że są zamknięte) i okien, ale padali na płonącą podłogę duszeni w ścisku i zatruci dymem z płonących taśm filmowych. Uratowali się ci, którzy byli przy ścianie, która wskutek nacisku ludzi zawaliła się. Z powodu wielkiej siły pożaru niewiele pomogła nawet interwencja miejscowej ochotniczej straży pożarnej przybyłej po 11 minutach (strażacy w większości byli na seansie — po uratowaniu się musieli wbierw dobiec do remizy, wyłamać drzwi i dotrzeć do pożaru ze sprzętem). Kiedy strażacy zdołali przewrócić płonącą ścianę przy tylnym wyjściu ujrzeli płonące zwłoki (głównie dzieci) na podłodze[2].
Reakcje[edytuj | edytuj kod]
Podczas II wojny światowej w Wielopolu zginęło 26 osób, dlatego rozmiar zdarzenia był dla mieszkańców ogromny. Wielu Wielopolan w obliczu pożaru włączyło się do akcji ratunkowej, jak m.in. Kazimierz Gasior, który zginął, gdy wszedł do płonącego budynku, aby ratować zaczadzonych.
Na zbiorowym pogrzebie ofiar byli obecni przedstawiciele UB i Milicji Obywatelskiej. Roman Lipa, miejscowy fotograf, został poinformowany o zakazie fotografowania ceremonii, zaś funkcjonariusze UB nie opuszczali go aż do jej końca. Z tego powodu nie istnieją żadne fotografie z tamtego wydarzenia, a jedynie obraz, który Lipa namalował 40 lat później.
Wszyscy pracownicy kina, jak i niektórzy ich przełożeni, zostali skazani na kary więzienia.
Po pożarze zaostrzono przepisy bezpieczeństwa w kinach i teatrach w całej Polsce. Zaczęto również zastępować łatwopalną celuloidową taśmę innym materiałem[3]
W drugiej połowie lat 80. w miejscu pożaru odsłonięto pomnik z krzyżem i tablicą upamiętniającą zdarzenie i jego ofiary.
WG wiki
Celuloid (oryginalny) pali sieo niebo lepiej niż benzyna.Działa tez jak paliwo rakietowe
Inny utajniany wypadek to zatonięcie statku Nysa.MS Nysa - polski drobnicowiec pierwszy z serii typu B-51, zbudowany w Stoczni Gdańskiej na podstawie planów włoskiej stoczni Ansaldo z Genui. Należał do PŻM i używany był do prowadzenia tzw. żeglugi małej.
Zatonął 10 stycznia 1965 roku wraz z całą 18-osobową załogą u wybrzeży Norwegii. Wiał wówczas wiatr o sile 10 stopni w skali Beauforta (bardzo silny sztorm), a fale sięgały do 12,5 metra wysokości. MS Nysa płynął ze szkockiego portu Leith do Oslo, z ładunkiem 650 ton złomu w postaci pociętych szyn kolejowych. Kapitanem statku był Gustaw Gomułka.
W dniu katastrofy o 22:33, około 20 mil morskich na południe od Eger, norweski statek Berby zauważył jednostkę nadającą sygnały świetlne SOS, które wkrótce zanikły. Gdy o 22:50 Norwegowie dotarli na miejsce, niczego nie znaleźli. Nysa była jedynym statkiem, który wtedy zaginął. 11 stycznia znaleziono resztki szalupy Nysy, w następnych dniach m.in. koła ratunkowe i fragmenty kadłuba (drzwi), a w dniach od 14 stycznia do 16 stycznia morze wyrzuciło na wybrzeże Norwegii kolejno zwłoki 7 marynarzy.
Niemal pewnym powodem zatonięcia statku było przemieszczenie się źle umocowanego ładunku na skutek silnych przechyłów podczas sztormu. Inne możliwości w praktyce wykluczono, poza mało prawdopodobnym zalaniem statku wodą wskutek zerwania pokryw lukowych. Ustalono, że kapitan statku nie zażądał w Leith należytej ilości drewna sztauerskiego, prawdopodobnie z powodu ciągłych nacisków armatora, aby niczego nie nabywać w obcych portach za zachodnioeuropejskie waluty. W rzeczywistości drewno sztauerskie miał obowiązek dostarczyć spedytor, ale nieznający obcych języków kapitan prawdopodobnie nie zrozumiał odpowiedniego zapisu umowy frachtu. Ostatecznie zgodnie z orzeczeniem Izby Morskiej, oficjalnej przyczyny katastrofy nie ustalono. Izba zwróciła jedynie uwagę, by nie powierzać jednocześnie stanowisk kapitana i I oficera dwóm nowo awansowanym oficerom (taka sytuacja miała miejsce na Nysie).
Rodziny zmarłych marynarzy zamierzały się odwołać od orzeczenia i żądać ustalenia, że winę za wypadek ponosił po części armator, obsadzając statek oficerami o niedostatecznych kwalifikacjach (
kapitan nie miał ukończonej żadnej szkoły morskiej i był kapitanem żeglugi małej z tzw. awansu społecznego, o podstawowym jedynie wykształceniu, I oficer, odpowiedzialny za załadunek, również niedawno awansowany, przed zatrudnieniem na Nysie został zmustrowany z innego statku na żądanie jego kapitana, który negatywnie ocenił umiejętności zawodowe oficera). Ostatecznie odwołania nie zostały wniesione, gdyż uzasadnienie orzeczenia było sporządzane przez prawie rok, a
w tym czasie Służba Bezpieczeństwa naciskała na rodziny marynarzy, aby zrezygnowały z odwoływania się, gdyż okoliczności zatonięcia Nysy kompromitowały komunistyczny system zatrudniania marynarzy i kierowania przedsiębiorstwem żeglugowym. Okazało się to skuteczne i ostatecznie żadna z rodzin zmarłych nie odwołała się od orzeczenia.
Po wielu latach ujawniono znaleziony rzekomo w butelce list napisany przez jednego z marynarzy podczas zatonięcia Nysy. Wznowiono postępowanie przez Izbą Morską i w wyniku badań próbek pisma wszystkich członków załogi statku, które zachowały się w dokumentach armatora, ustalono, że list był sfałszowany.
Pożar w rafinerii w Czechowicach-Dziedzicach był trzecim z kolei pożarem w rafinerii czechowickiej w 1971 roku. W styczniu zapaliła się wieża destylacyjna, na początku czerwca pożar objął kilkadziesiąt cystern pod nalewakiem. Oba te pożary ugasiła zakładowa straż pożarna, którą dowodził kapitan Tadeusz Baniak.
Wieczorem 26 czerwca 1971 nad Czechowicami przeszła niewielka burza. Trzecie - ostatnie wyładowanie uderzyło w kominek oddechowy zbiornika ropy znajdującego się w okolicy ul. Bolesława Prusa. W ciągu kilku minut pożar objął dach, powierzchnię zbiornika oraz ropę rozlaną na tzw. "tacy", która dostała się tam tuż po pierwszym wybuchu. Instalacje gaśnicze zbiorników były niesprawne, więc straż była zdana tylko na sprzęt przywieziony na wozach. Do godz. 1:00 27 czerwca do rafinerii ściągnięto strażaków z Bielska-Białej, Mazańcowic, Obronę Cywilną i żołnierzy.
Tragedia rozegrała się kilka minut po pierwszej. W czasie gaszenia do zbiornika dostało się kilkadziesiąt tysięcy litrów wody, które były podgrzewane przez palącą się na tacy ropę. O godz 1:07 woda ta osiągnęła temperaturę wrzenia i rozpoczęła przedzierać się ku górze zbiornika. Podnosząc lżejszą ropę naftową spowodowała jej wyrzut na odległość - w niektórych miejscach - nawet ponad 200 m.
Podczas tego wyrzutu zginęło 33 ratowników (strażaków, żołnierzy, członków OSP). Najbardziej znana ofiara to 20-letnia Halina Dzida, która przybyła z drużyną OSP Mazańcowice dowodzoną przez jej ojca, który poparzony przeżył wybuch. W wyniku odniesionych ran i oparzeń zmarło jeszcze 4 ratowników. Po wybuchu ogień rozprzestrzenił się na wydział ABT (destylacji acetonem, benzenem i toluenem), front odbioru ropy i stojące tam cysterny, kolumny destylacyjne oraz zagroził elektrociepłowni.
Ze stolicy przyjechały najwyższe władze z Edwardem Gierkiem i gen. Jaruzelskim na czele. Odprawom załóg, które miały prowadzić "główne natarcie" przewodniczył późniejszy pierwszy sekretarz KC PZPR Stanisław Kania. Podkreślał on niezwykły spokój przygotowujących się do akcji strażaków. O godz 15:00 ponad 100 jednostek ponowiło atak na płonącą rafinerię. Po kolei dogaszano wydziały rafinerii, ale zbiorniki tliły się jeszcze trzy doby.
Tragiczny pożar miał wiele przyczyn z których najważniejsze to:
niesprawna instalacja chłodząca zbiorniki,
niedrożna instalacja pianowa,
brak odpowiedniego sprzętu technicznego i środków gaśniczych (piana tzw. ciężka),
zbyt ciasno rozmieszczone zbiorniki i ich przestarzała konstrukcja (brak tzw. pływających dachów),
nieodpowiednia instalacja odgromowa,
nieodpowiednie drogi pożarowe (wylane asfaltem - płonęły).
Ogladąłem kilka dokumentów o tym pożarze i jako strażak powiem, że głównie dlatego doszło do tragedii (ludzie zgineli) bo ktos wysoko postawiony podjął decyzję by
pożar zagasić za wszelka cenę i to jak najszybciej. A mozliwości na miejscu (tzw siły i środki) były w sam raz by powstrzymac pożar przed rozszerzeniem (czyli działenie w tzw obronie), niebyło zaś możliwości zagasić całości. Rozsadny dowódca przeszedł by do obrony pozostałych obiektów(choćby przez pokrycie piana i chłodzenie) . I poprosiłby o dalsze wsparcie. Tu popełniono całą plejade błedów i to takich o których uczy sie na samym poczatku kursu podstawowego dla strażaków.
- Nie wyznaczono dróg ewakuacyjnych(dróg ucieczki)
brak ujednoliconej metody wydawani rozkazów czy ostrzerzeń (np przez umieszcony odpowiednio megafon.
-Za blisko samiochody (wężami można ciągnąć wode nawet z kilometra)
Brak odpowiednich środków gaśniczych (nie wolno gasic olejów , benzyn itp woda czy piana o dużej zawartości wody)i
za duzo ludzi w strefie zagrożenia itp.
Przy okazji ciekawostka. Do dzisiaj komunikat "GEJZER , GEJZER" czy to przez megafon czy przez radio znaczy "natychmiast uciakac lub szukac osłony w wyznaczonych miejscach( w zalezności co wcześniej zaplanowano)."
Pożar i tak opanowano dopiero po ściągnięciu odpowiedniego sprzętu, ale za to zgineło 33 osoby a ok 100 zostało poparzonych. Dodatkowo pożar gwałtownie objął inne sektory rafinerii.
http://www.youtube.com/watch?v=_jrgSmL8QbE


Najbardziej tajnym wypadkiem (a przynajmniej niemozna znaleśc zbyt wiele o tym zdarzeniu ) było zaczadzenie kilku - kilkudziesiuęciu (?)pasażerów pociagu po utknięciu w zaspie śnieżnej w czasie zimy stulecia . Prawdopodobnie był to pociag relacji Berlin-Moskwa.Czas: zima 1978-79.O sprawie dowiedziłem sie na bieżąco z 2 niezaleznych źródeł "nieoficjalnych".