O wydarzeniach, które rozegrały się w Palomares na początku 1966r. wspomniano na forum raz czy dwa ale były to zaledwie bąknięcia w innych tematach (min tutaj), a sprawa wydaje się być na tyle interesująca, że zasługuje chyba na osobny temat.
Poniżej artykuł napisany przez Mateusza Zimmermana, opisujący, jak niewiele dzieliło Europę lat 60-tych od katastrofy nuklearnej na ogromną skalę.
Jak bomby spadły na Andaluzję czyli termojądrowa zguba.
Dwie olbrzymie maszyny eksplodowały po zderzeniu w powietrzu. Jeden ze śmiercionośnych ładunków wylądował pod czyimś płotem. Inna bomba spadła do morza. Hiszpański rybak, który ją wypatrzył, zażądał od amerykańskich władz 20 mln dolarów znaleźnego.
Obraz katastrofy bombowca B-52G USA po jego zderzeniu nad Morzem Śródziemnym z KC-135
W styczniu 1966 roku andaluzyjskie Palomares jest wioską tak małą, że trudno je znaleźć na mapach. Może tysiąc mieszkańców, niewielkie domki, parę sklepów i trzy knajpki. Mało kto ma samochód czy telewizor. Bieżącej wody – brak. Najbliższy telefon jest w miasteczku 20 kilometrów dalej. Choć do morza jest blisko, miejscowi żyją głównie z ziemi, zajmując się uprawą pomidorów.
Miejscowi rankiem często patrzą na niebo – można zobaczyć amerykańskie bombowce, które podczas przelotów nad Morzem Śródziemnym tankują w tym rejonie w powietrzu. Tym razem oprócz smug kondensacyjnych, które zwykle ciągną się za lecącymi na wysokości 10 kilometrów maszynami, mieszkańcy wioski widzą eksplozję.
Jest tuż po godzinie 10., w miejscowej szkole trwają już lekcje. Nagle w budynku zaczynają się trząść szyby. Głuchy grzmot przechodzi w huk, który staje się nie do zniesienia.
"Mamo, z nieba pada ogień" – krzyczy nagle paroletnia córka Marii Badillo. Po chwili na okolicę zaczynają spadać płonące części samolotów: skrzydło ląduje na plantacji pomidorowej, wybuchające silniki – na skalistych wzgórzach nieopodal. Niektóre szczątki są większe od domu. Palomares zasnuwa czarny dym, wszędzie leżą kawały poskręcanego metalu.
Miejscowi jeszcze wtedy nie wiedzą, że znaleźli się w centrum jednego z najpoważniejszych incydentów nuklearnych całej zimnej wojny.
Tragedia pod Chromowaną Kopułą
Skąd w ogóle nad Palomares amerykańskie samoloty?
W połowie lat 60. zimną wojną rządzi strategia "wzajemnie gwarantowanego zniszczenia" – jedno supermocarstwo nieustannie upewnia drugie, że jeśli zostanie zaatakowane, odpowie uderzeniem termojądrowym na pełną skalę. Obie strony od pokusy rozpoczęcia wojny ma chronić przekonanie, że takiej wojny nie można wygrać – wszak "kto strzeli pierwszy, najwyżej umrze jako drugi".
Kluczowym narzędziem "gwarantowanego zniszczenia" są w tym czasie bombowce strategiczne. Amerykańskie lotnictwo trzyma je w całodobowym pogotowiu. Maszyny wykonują regularne loty w kierunku strefy powietrznej Związku Sowieckiego i w wyznaczonych punktach zawracają do baz. Waszyngtonowi chodzi o to, aby w każdej chwili mieć w powietrzu taką liczbę samolotów, która w razie wybuchu wojny mogłaby dokonać skutecznego ataku nuklearnego na wyznaczone cele.
Ta długofalowa operacja nosi kryptonim "Chrome Dome" (Chromowana Kopuła). Jej symbolem jest charakterystyczna sylwetka bombowca B-52. Istotnym elementem systemu "Kopuły" jest możliwość dotankowania takiego samolotu w powietrzu – tak, aby nie musiał on lądować w trakcie wielogodzinnej misji.
B-52, który tego feralnego dnia znalazł się nad Andaluzją, musiał odbyć dwa takie tankowania. Pierwsze, podczas lotu ku wybrzeżom Jugosławii, przebiegło przez przeszkód. Drugie było zaplanowane na drogę powrotną przez Morze Śródziemne. I właśnie wtedy doszło do tragedii.
"Nagle jakby piekło się rozpętało"
Aby zatankować, bombowiec musiał się zbliżyć do "latającej cysterny" KC-135. Nadlatywał z tyłu i od dołu, powoli i miarowo zmniejszając odległość. Operator w ogonie tej ostatniej wypuszczał wysięgnik z paliwem – sztywną rurę, długą na ponad 10 metrów i o ponad półmetrowej średnicy.
Kiedy oba samoloty leciały już z równą prędkością, operator bomu paliwowego wysuwał jego końcówkę, która trafiała do otworu w zbiorniku bombowca. Ta procedura była rutynowa, ale wymagała od załóg maksymalnej koncentracji – a o tę w trakcie tak długich lotów było trudno. B-52, pilotowany przez majora Larry'ego Messingera, tego ranka podchodził do tankowania nieco za szybko. Brakowało może 50 metrów, kiedy Messinger zorientował się, że coś jest nie tak. Za późno.
- Wysunęliśmy się trochę za bardzo do przodu. Ale jest taka procedura: jeśli operator wysięgnika widzi, że robi się niebezpiecznie, nakazuje załodze tankującego samolotu odejście. Do mnie nikt nic nie mówił, więc uznałem, że wszystko jest w porządku. A potem nagle jakby piekło się rozpętało – wspominał Messinger, któremu udało się ujść z życiem z katastrofy.
Co się dokładnie stało w powietrzu, tego do końca nie wiadomo – wszystko trwało ułamki sekund. Prawdopodobnie wysięgnik przeorał kadłub bombowca. Doszło do zapłonu paliwa najpierw w podajniku, a potem w zbiornikach "latającej cysterny". KC-135 zmienił się w kulę ognia, nikt z jego załogi nie miał prawa ocaleć.
Z siedmioosobowej załogi bombowca, który zaczął się rozsypywać w locie, zdołało się katapultować lub wyskoczyć ze spadochronem czterech ludzi (w tym Messinger). Ale oprócz nich i kilkudziesięciu ton płonących szczątków spadł z nieba nad Palomares jeszcze ładunek B-52: cztery bomby termonuklearne.
Nurkowie szukali nie tam, gdzie było trzeba
Każda z nich miała moc ok. jednej megatony – a więc gdyby wybuchła choć jedna, eksplozja byłaby 50-60 razy silniejsza niż ta w Hiroszimie.
Ale bomby na szczęście nie były uzbrojone. W dwóch z nich uruchomił się spadochron hamujący opadanie (były przeznaczone do zrzutu ze stosunkowo małej wysokości). Jedną znaleziono w zasadzie nietkniętą, jednak w dwóch – przy uderzeniu o ziemię – częściowo eksplodowały konwencjonalne zapalniki. Te wybuchy wprawdzie nie mogły zainicjować reakcji termojądrowej, ale rozrzuciły na miejscu sporo radioaktywnego plutonu.
Amerykański personel przybył na miejsce w ciągu paru godzin (baza lotnicza Morón, z której zresztą startowały samoloty KC-135, znajdowała się niedaleko). Trzy bomby zabezpieczono w ciągu pierwszej doby. Czwartej nie sposób było znaleźć.
Do jej poszukiwania zaangażowano lotnictwo i marynarkę. W jednej z największych akcji poszukiwawczych prowadzonych przez Amerykanów okolice andaluzyjskiego wybrzeża były przeczesywane przez samoloty, helikoptery, kilkanaście okrętów, dwa batyskafy i 150 płetwonurków ze skafandrami głębinowymi.
Ci ostatni schodzili oni na głębokość kilkuset metrów – tyle że tygodniami szukali nie tam, gdzie było trzeba.
Wskazał im miejsce, zażądał znaleźnego
Upadek tej czwartej bomby do morza widział ze swojego kutra miejscowy rybak Francisco Simó Orts. On także wyłowił z morza jednego z ocalałych lotników. Niemal od razu wskazał lokalizację ekipom poszukiwawczym, ale te odszukały bombę dopiero po dwóch miesiącach.
Znajdowała się na głębokości prawie 800 m. Podczas pierwszej próby wydobycia osunęła się jeszcze głębiej i udało się ją wyciągnąć na powierzchnię dopiero za drugim razem. Szczęśliwie nie była uszkodzona.
Spostrzegawczy rybak otrzymał w swoich stronach przydomek "Paco od Bomby". Żeby było ciekawiej: gdy usłyszał, że amerykański sekretarz obrony "wycenił" termojądrową zgubę na dwa mld dolarów, niebawem po jej wydobyciu z głębin pojawił się z prawnikiem przed nowojorskim sądem. Zażądał zwyczajowego "jednego procenta" wartości znaleźnego, czyli… 20 mln dolarów.
Amerykańskie siły powietrzne ostatecznie wypłaciły rybakowi nieujawnioną kwotę. Podobno Francisco Simó Orts nie był z niej zadowolony.
Sześć tysięcy beczek ziemi i radioaktywne ślimaki
Ale odszukanie czwartej bomby nie było dla Amerykanów ostatnim wyzwaniem. Pozostało jeszcze usunięcie skutków skażenia radioaktywnego.
Pomiary wykazały, że "gorący" obszar ma niecałe trzy kilometry kw. Niewiele jak na taką katastrofę? Wystarczyło, żeby Amerykanie musieli zebrać i wywieźć za ocean ponad 6 tys. beczek z napromieniowaną glebą. W mniej zanieczyszczonych miejscach "wystarczyło" zaorać ziemię do głębokości 30 cm.
Aby nieco uspokoić miejscową opinię publiczną i zapobiec ucieczce turystów, na plażowanie i morską kąpiel w okolicach Palomares wybrali się wspólnie hiszpański minister turystyki i amerykański ambasador.
Skutki incydentu nad Palomares odczuwalne są w jakimś stopniu do dzisiaj. Hiszpańskie i amerykańskie władze jeszcze w XXI wieku ustalały, jak zająć się resztkami skażenia. Okazało się, że miejscowe ślimaki ciągle noszą ślady napromieniowania – w 2008 roku odkryto dwa rowy, w których Amerykanie składowali przed laty skażoną ziemię. Do bilansu "likwidacji szkód" trzeba było doliczyć kolejne dwa mln dolarów.
Ostatnie rozmowy Waszyngtonu i Madrytu na temat definitywnego usunięcia skutków katastrofy i przetransportowania resztek skażonej gleby do Stanów toczyły się w październiku 2015 roku.
Miejsce katastrofy
Św. Antoni czuwa czyli Palomares szczęście w nieszczęściu
Katastrofa miała natychmiastowe reperkusje polityczne. Parę dni po niej rząd w Madrycie oświadczył, że samoloty NATO z bronią jądrową na pokładach nie będą już więcej mogły latać nad hiszpańskim terytorium.
Niemal równo dwa lata po Palomares kolejny B-52 roztrzaskał się na Grenlandii. Znów – w wyniku uszkodzenia jednej z transportowanych bomb – doszło do skażenia radioaktywnego, tym razem na znacznie większym obszarze. Operacja "Chrome Dome" zaliczyła kolejny wizerunkowy cios i Amerykanie uznali, że czas ją zarzucić. Nie był to zresztą jedyny powód: pod koniec lat 60. bombowce traciły już na znaczeniu w "równowadze odstraszania", za to najważniejszą bronią zimnej wojny stały się międzykontynentalne pociski balistyczne.
Dopiero w XXI stuleciu ujawniono, że jednej z bomb zgubionych na Grenlandii Amerykanie nigdy nie znaleźli. Korpusy dwóch, które spadły na Palomares, są dziś wystawione w "atomowym muzeum" w Nowym Meksyku (National Museum of Nuclear Science & History, Albuquerque).
Amerykańskich wojskowych, którzy już kilka godzin po tamtej katastrofie przybyli do Palomares prowadzić dochodzenie, zaskoczyła reakcja mieszkańców wsi. Nikt nie rzucał w nich kamieniami, nawet nikt im nie wygrażał. Wszyscy natomiast byli ludziom w obcych mundurach przyjaźni i po prostu pomocni, kiedy przyszło do poszukiwań zarówno bomb, jak i ciał tych lotników, którzy zginęli w katastrofie.
Może dlatego, że żadnemu mieszkańcowi wsi nic się tego dnia nie stało.
Im też trudno było w to uwierzyć. Przypisywali ten cud wstawiennictwu patrona wsi – tak się bowiem złożyło, że wspomnienie św. Antoniego (opata) przypada akurat na 17 stycznia. A to właśnie tego dnia, 50 lat temu, mieszkańcom Palomares dosłownie spadły na głowy szczątki dwóch potężnych samolotów i kilka bomb termojądrowych.
Wykorzystałem i cytowałem m.in. "The Day We Lost the H-Bomb" (aut. Barbara Moran).
autor: Mateusz Zimmerman