Proponuję skupic sie na temacie.
Jeśli właśnie to miałeś na myśli: "widocznym ostatnio na południowym niebie w postaci największej i najjaśniejszej gwiazdy", a mowa tu jest o Jowiszu, to faktycznie wykracza nieco poza omawiany temat, bo nawiązuje do opuszczonego już wątku o księżycowych fotkach, a właściwie obrazu Słońca wyłaniającego się z poza Księżyca, z widokiem "trzech najjaśniejszych planet układu" czyli Merkurego,Wenus i Marsa wykonanej z kosmosu.
Ja dodał bym również a może przede wszystkim Jowisza, który widoczny jest doskonale przez zachmurzone niebo i naszą atmosferę jako najjaśniejsza gwiazda, więc poza atmosferą nawet przy krótkim czasie migawki nie powinno być problemu z jego uwiecznieniem na fotografii i to z szerokokątnym obiektywem.
Jest to kolejny dowód na to, że Gregor i jemu podobni grają delikatnie mówiąc, nie zupełnie uczciwie - mając odpowiednią wiedzę zatajają ją przed innymi w odpowiadającym im momencie... kłamczuszki.
A wracając do Nibiru, bo i o tym "fenomenie" w artykule, który przedstawię poniżej również jest mowa, jak i o tak zachwalanej przez niektórych... NASA - jednak przedstawię go w całości, żeby nie wyglądało na wyrywanie zdań z kontekstu :
"Wywiad z Jamesem M. McCanneyem - Spectrum
netka
30-07-2005, 19:35
Źródło: NEXUS, nr 33, styczeń-luty 2004
Rick Martin
Copyright © 2003
Wywiad z Jamesem M. McCanneyem
htlp://www.TheSpectrumNews.org
CO NASA UKRYWA PRZED NAMI?
W następstwie serii zdarzeń, do których "miało" dojść 16 marca 2003 roku, udało mi się w końcu przeprowadzić bezpośrednią rozmowę z astrofizykiem Jamesem McCanneyem.
Rick Martin, Spectrum, maj 2003
Rick Martin: Zanim zaczniemy, chciałby zapytać, co pan myśli o badaniach drą AJeksieja Dimitriewa? Czy zgadza się pan z tym, co on głosi?
James McCanney: Tak. Dimitriew jest eksperymentatorem, a częściowo fizykiem teoretycznym, jednak głównie naukowcem obserwatorem, nauko*wcem specjalizującym się w badaniu atmosfery. Jest tym, który odkrył tornada na Słońcu i cały szereg innych zjawisk. Opowiadał o próżni i o tym, co zmierzyli w atmosferze, no i o innych rzeczach w kosmosie, których w zasadzie nie umieli wytłumaczyć. Mierzyli je, ale nie wiedzieli, o co chodzi. No i kiedy dostali moja prace, stwierdzili: "To wyjaśnia wszystko, co zaobserwowaliśmy". Tak więc, o to właśnie chodziło. Był kierownikiem zespołu, z którym współpracowałem w latach dziewięćdziesiątych w Rosji. Potem, około roku 2000, wkroczyła tam NASA [National Aeronautics and Space Administration - Narodowy Zarząd Lotniczy i Kosmiczny]. Było to oczywiście wtedy, gdy Rosja nie miała pieniędzy. Ludzie zarabiali tam po 75 dolarów miesięcznie i usiłowali publikować swoje prace za własne pieniądze. Te) było wręcz niedorzeczne. No j wkroczyła tam NASA i zaczęła pompować w nich pieniądze, lecz zastrzegła: "Jeśli będziecie dalej nauczali tego, co głosi McCanney, nie dostaniecie ani grosza",
Martin: Czy ma pan jakąś teorię lub informacje dotyczące tego, kto w NASA stoi za tak diabolicznym ukrywaniem wiedzy?
McCanney: Tak, to oczywiste, wiem to od dawna. To kontrola przestrzeni kosmicznej.
Martin: Czy może pan mówić na ten temat?
McCanney: Oczywiście. NASA to zbiorowisko naukowców. Tak przynaj*mniej zwykliśmy o niej myśleć - inżynierowie, którzy zbudowali pojazd kosmiczny itd.
NASA należy do NSA [National Seeurity Agency - Agencja Bezpieczeństwa Narodowego] i pozostaje pod jej zarządem. Nad NASA jest pewna grupa, która ją kontroluje. Daniel Goldin, który dołączył do NASA w latach dziewięćdziesiątych, przyszedł z CIA z zadaniem utajnienia lub przynajmniej ograniczenia dostępu do NASA. Kiedy pojawił się tam, pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było zmuszenie wszystkich, zarówno kierownictwa, jak i pracowników niższego szczebla oraz współpracowników z zewnątrz, którzy pracowali na rzecz NASA, do podpisania typowego dla NSA oświadczenia
0 zachowaniu w tajemnicy wszystkiego, co dotyczy ich pracy w NASA. NSA jest elementem rządu nad rządami. Jeden Ogólnoświatowy Rząd już istnieje
i to wszystko dotyczy głównie tego.
Martin: Czy kryją się za tym jezuici?
McCanney; Jezuici? [śmieje się]. Watykan ma duży udział w ogólno*światowym rządzie i jest w tym jakaś część prawdy. Chodzi tu o ogólną sytuację na świecie i dosłownie setki rodzin, które są z tym związane. Są bardzo bogaci, są we wszystkich krajach świata, rządzą polityka, pieniądzem i bankami. To duża sieć i wielu ludzi.
Martin: Zamierzałem nawiązać do nazistów, o to mi chodziło.
McCanney: Tak. Wielu ludzi z administracji Busha to potomkowie nazistów lub tych, którzy pomagali nazistom. Zdają sobie sprawę, że kosmos jest ostatnim źródłem zasobów naturalnych. Kontrola kosmosu jest głównym zagadnieniem, na którym się koncentrują. To ich ostateczna linia obrony.
PLANETA "X" l TOWARZYSZĄCE JEJ KOMETY
Martin: Czego boi się NASA w odniesieniu do wiedzy o planecie "X"? Czy ma to jakiś związek z Sumerami i Annunakami? A może chodzi o coś innego?
47 (1)
McCanney: Osobiście tego nie twierdzę, ale wiedza
0 tym, że istnieje to "Coś Wielkiego", co regularnie się pojawia, jest bardzo stara. To cześć tajemnicy utrzymywa*nej na bardzo wysokim szczeblu w tych grupach, takich jak Watykan. Chodzi o to, że pierwszą rzeczą, jaką zrobił Watykan po pojawieniu się komety Hale-Boppa, było zbudowanie światowej klasy obserwatorium w Arizonie i przekazanie go astronomom. Pewnie zastanawia się pan po co? Potem zbudowali jeszcze jedno. Najbardziej inte*resujące było to, co nastąpiło, kiedy kometa Hale-Boppa odleciała - myśleli, że to właśnie to "Coś Wielkiego".
[/b]
Wróćmy jednak do roku 1991. Kometa Hale-Boppa została oficjalnie odkryta w roku 1995 przez Alana Hale'a z Nowego Meksyku oraz Japończyka nazwiskiem Bopp. Obaj odkryli ją tej samej nocy, wiec nazwano ją od ich nazwisk.
Jest dla mnie jasne, jeśli spojrzy się na moje notatki o Harringtonie, że jedną z rzeczy, którą on obserwował, musiała być kometa Hale-Boppa. Jej jądro było ogromne. Powodem, dla którego NASA z miejsca ograniczyła do*stęp do tych informacji, kiedy zdała sobie sprawę, że ktoś umieścił część z nich w Internecie, było to. że pierwszy lepszy astronom, taki jak na przykład ja. wiedziałby, mając do dyspozycji nawet tak mały zasób danych, jak określić masę jej centralnego jądra.
Służy do tego niewielkie równanie. Używają go cały czas dla określania mas gwiazd centralnych, kiedy występują ich wahania - mogą wtedy określić promień ciała, które orbituje wo*kół takiej gwiazdy. Tak więc, wy*starczy tylko znać okresu obrotu i promień orbity obiektu krążące*go wokół większego ciała. Znając oba parametry, można obliczyć masę obiektu. Wystarcz}' niewiel*kie równanie z zakresu mechaniki ciał niebieskich.
Dysponując zatem niewielką informacją, która jest di w Internecie, każdy może obliczyć masę komety Hale-Boppa, dowodząc, że ma ona rozmiary porównywalne z planetą i że się zbliża.
Jeszcze jedna sprawa... W roku 1991 to, co zobaczył Harrington, to były dwie rzeczy: kometa Hale-Boppa i coś jeszcze, coś znacznie większego, co się za nią kryło. Planeta X. Przynajmniej ja tak uważam. W roku 1991 kometa Hale-Boppa była na kursie kolizyjnym z Ziemią. Wystarczyło kilka zdjęć, aby wytyczyć jej orbitę, i okazało się że jest ona niemal na kursie kolizyjnym z Ziemią.
Martin: Nic dziwnego, że był taki raban.
McCanney: I to potężny. Kiedy już się rozniosło, o co chodzi, zadzwoniłem do Ośrodka Kosmicznego Goddarda [Goddard Space Center] i zapytałem ich sekretarkę: "Co się dzieje? Słyszałem o tej komecie..." A ona na to: "Mój Boże, to jest wielkie!" Z początku pomyślałem, że chodzi*ło jej o to, że to nowość, wielka wiadomość. W rzeczywis*tości miała na myśli jej rozmiary porównywalne z roz*miarami planety. Cały czas ją śledzili.
Widzi pan, w tym miejscu zaczyna się podział, bo właśnie dopiero wtedy wielu naukowców, nawet z Ośrod*ka Goddarda, dowiedziało się o tym. Tymczasem śledzono ją już od roku 1991, a możliwe że jeszcze wcześniej. Harrington też ją odkrył, ponieważ z jego zapisków z roku 1991 wyraźnie widać, że wiedział, gdzie skierować wzrok, aby ją zobaczyć.
A jak wiadomo, dawno temu... jeden z towarzyszy Nibiru dokonał potężnych zniszczeń na Ziemi.
Martin: Towarzyszy?
McCanney: Tak. towarzysz. Ten, który stał się później Wenus. Velikovsky' miał rację, twierdząc, że Wenus była kiedyś ogromną kometą, która przedzierała się przez układ słoneczny i została przechwycona przez pole grawi*tacyjne Jowisza, zaś po około 600 latach od momentu przechwycenia zbliżyła się do Ziemi, po czym ustabilizo*wała się, stając się planetą, jaką dziś znamy.
Otóż kometa Hale-Boppa była tu około 4200 lat temu. W tym samym czasie Jowisz przechwycił Wenus. Oba obiekty były mniejszymi towarzyszami Nibiru. Dlatego nie chcieli, aby ktokolwiek dowiedział się o towarzyszu kome*ty Hale-Boppa, bo wiedzieli, że jest on na kursie kolizyj*nym z Ziemią, wiedzieli również, że jest to towarzysz większego ciała, które było przyczyną wszystkich prob*lemów. Nie zdawali sobie jednak sprawy, że kometa Hale-Boppa też była jednym z jego towarzyszy. Teraz, kiedy nadchodzi niszczyciel, to Coś Wielkiego, Nibiru, towarzyszy mu ich cała świta.Martin: Zgaduję, że kometa NEAT jest jednym z członków tej świty?
McCanney: I w tym właśnie rzecz. Kiedy kilka tygodni temu stanęliśmy przed nawałą tych komet, ani razu nie wspomnieli o komecie NEAT, C-2002/VI. Najwyraźniej wszystko to zbliża się od strony południowej półkuli.
Wtedy Harrington oczywiście wiedział bardzo dobrze, gdzie ona była. i to z powodu, który już podałem. Warto zauważyć, że kie*dy historia Harringtona ujrzała światło dzienne, rząd próbował wystosować oświadczenie poprzez niektórych astronomów, którzy występują w radiu, tych od dez*informacji, którzy oświadczyli: "No cóż, na podstawie nowych da*nych dokonaliśmy korekty mas tych planet i możemy stwierdzić, że panujemy nad sytuacją".
Rzecz w tym, że,to, iż widzimy, że te planety [Uran i Neptun] są "ściągane w dół", niczego nie załatwia. To daje tylko korektę ich położenia w płaszczyźnie planet [ekliptyce]. Ten obiekt był wystarczająco duży już wtedy, w roku 1991, żeby ściągać Urana i Neptuna z ich orbit. Jest aż tak wielki!
Rozumie więc pan obawy dotyczące tego towarzysza. Oni wszyscy wiedzą, również Watykan, że to właśnie towarzysz był przyczyną zniszczeń ostatnim razem. No i potem ten towarzysz stał się Wenus. To, czego nie rozumieją, to to, że jest bardzo trudno opracować ich orbity i NASA uczy się tego z wielkim trudem. Nie udało się im przewidzieć trasy Hale-Boppa, ponieważ zmieniała się codziennie. To była jedna ze spraw, jaką zajmowaliśmy się w Grupie Millennijnej - śledzenie dziennych zmian jej orbity na rządowych stronach efemeryd2.
Martin: Czy kometa NEAT była niespodzianką? Czy pojawiła się nie wiadomo skąd, czy też spodziewali się jej? McCanney: Nie. Kometa NEAT to kolejne wielkie jądro wielkości planety, co najmniej wielkości Księżyca, a może i większe. NASA wiedziała, że się zbliża. Praw*dopodobnie zaobserwowali ją już wiele lat temu jako część zbliżającej się nawały, którą uważam za część świty Plane*ty X. Nie chcieli, aby ktokolwiek się o tym dowiedział,
48 (2)
z prostego powodu - wiedzieli, że zbliży się okrążając Słońce i że jest duża. Prawdopodobnie zupełnie nie spo*dziewali się, że będzie tak jasna, jak była. Była widoczna na dziennym niebie tuż obok Słońca, kiedy je mijała - przez 12 godzin, kiedy się zbliżała.
Martin: To rodzi oczywiste pytanie: ilu jeszcze tych towarzyszy możemy się spodziewać?
McCanney: Nie wiemy. Oczywiście NASA ma bardzo dobre dane na ten temat. Inny ważną rzeczą, jaką chcia*łem już wcześniej powiedzieć w odniesieniu do komety Hale-Boppa, jest to, że w sześcioletnim okresie w latach 1991-1996, kiedy rzeczywiście dotarła do pery helium3, straciła trzy miesiące na przybycie ze względu na to, że ciągnęła za sobą ogromny ogon. Tylko dlatego nie na*stąpiło bezpośrednie zderzenie z Ziemią. Mówiąc "bezpo*średnie zderzenie", nie mam tu, oczywiście, na myśli uderzenia w powierzchnie Ziemi, ale to, że znaleźlibyśmy się w odległości około miliona mil (l 600 000 km] od niej. Każdy, kto zna się na rzeczy, wie, że to oznaczałoby ogromne zniszczenia na naszej planecie. Nastąpiłyby po*tworne pływy. Jedynie dzięki temu, że coś ją zwolniło, rozminęliśmy się z nią.
Martin: To prowadzi do kolejnego pytania, które brzmi: dokąd leci NEAT?
McCanney: NEAT zawróciła. Określenie jej orbity to zadanie numer 4 w mojej południowo-amerykańskiej eks*pedycji, jako że straciła ona dużo energii, kiedy okrążała Słońce, i przejęła sporo materiału z ogona. Tak wiec nie wróci i nie uderzy w Ziemie. NASA stale mówi: "Och, ci ludzie myślą, że uderzy w Ziemię". Nie, nie. Nikt nic nie mówi na temat zderzenia z Zie*mią. Oni kpią sobie z ludzi i tak naprawdę to ich agenci wpuścili te historie do Internetu, żeby mogli sobie potem kpić z ludzi. To cześć ich kampanii dezinformacyjnej.
Martin: Kiedy kometa rozmia*rów NEAT lub planeta tej wielkości przelatuje obok Słońca, jakie są skutki jej "oddziaływa*nia na odległość"?
McCanney: Flara, która wytrysnęła ze Słońca i jest widoczna na wielu zdjęciach, dogoniła kometę i uderzyła w jej ogon.
Martin: Flara o długości 8000000 kilometrów?
McCanney: Tak. Gdyby wytrysnęła w stronę Ziemi, znokautowałaby nas. ale, na szczęście, poszła w zupełnie innym kierunku.Zastanówmy się jednak nad czymś innym. To, czego pan nie widział, ale ja tak, to coś, co wydobywało się z NEAT... Jeśli przyjrzy się pan uważnie, zobaczy pan cienkie jak igła pasemko wychodzące bezpośrednio ze Słońca i dalej z jądra po prawej stronie ekranu. Łączy się z Merkurym. Merkury znajdował się w koniunkcjj4 z NE*AT, kiedy przemierzała ekliptykę. Ta linia, którą widzi pan na zdjęciach Słońca, łączy się z Merkurym.
Ustawmy więc Ziemię, o tam. Co by było, gdyby Ziemia przesunęła się o 90 stopni i nie bylibyśmy bokiem do niej? Wówczas znaleźlibyśmy się na drodze tej flary lub przyjęlibyśmy na siebie elektryczne wyładowanie pocho*dzące z NEAT. O tym właśnie opowiadają starożytni, o kornetach i piorunach przemieszczających się po niebie. Oni byli świadkami tych zjawisk - Zeusa ciskającego pioruny w Marsa. Oni to wszystko widzieli.
Martin: Czyli że ich opowieści są dosłowne, nie mają charakteru metaforycznego?
McCanney: Nie, to nie były metafory. Kiedy Wenus zbliżyła się do Marsa, uderzyła wyładowaniem elektrycznym i w atmo*sferze Marsa rozgorzały zorze. Wyglądało to, jakby wąż sięgał po Marsa, to dosłownie wyssało całą jego atmosferę i wody. Oni to widzieli. Wiedzieli, że wcześniej Mars był planetą bogatą w wodę, był błękitną planetą, tak jak Ziemia. Mars ma teraz bardzo cienką atmosferę a Wenus bardzo gęstą i grubą, kilka tysięcy razy gęstszą od ziemskiej, jednak procentowo składy atmosfer Wenus i Marsa są identyczne, co oznacza, że zostały one uformowane w tym samym kotle i przekazały je sobie,Martin: Chciałem jeszcze zapytać o Velikovsky'ego. Pan bardzo go przypomina, chociażby w tym, że miał on, tak jak pan teraz, nieprzyjemne doświadczenia. Często go wyśmiewano, ale w końcu okazało się, że miał rację.
McCanney: Nie ma już najmniejszych wątpliwości, że Velikovsky miał racje. Najciekawsze w jego przypadku jest jednak to, że on wcale nic studiował astronomii, a jedynie badał kalendarze!
KOMETY l FIZYKA PLAZMY
Martin: Pomówmy teraz o pańskiej koncepcji komet i plazmy. Co to jest plazma?
McCanney: Plazma jest jakby czwartym stanem mate*rii. W środowisku próżni, gdzie mamy tylko gazy i wysoką energię, na przykład duże ilości światła pochodzącego ze Słońca, które rozbija atomy na wolne elek*trony, jony, obojętne atomy oraz inne formy energii, takie jak zma*gazynowany magnetyzm, zmagazy*nowane pola elektryczne... to wła*śnie jest plazma. Wzajemne od*działywania tego wszystkiego są tym, co nazywamy fizyką plazmy, i właśnie to badamy. W zasadzie to kwintesencja plazmy.
Martin: Porozmawiajmy o ko*metach. To nie są brudne śnieżne kule. Czym one są?
McCanney: Pozwoli pan, że zacznę od tego... W środo*wisku astrofizyków od dawna toczy się spór między facetem o nazwisku Chapman i Szwedem Hansem Alfhenem. Chapman utrzymuje, że kosmos jest elektrycznie obojęt*ny. Alfhen wręcz przeciwnie, że w kosmosie znajduje się plazma, która wyczynia dziwne rzeczy i że nie wiemy, co jest tego przyczyną. Krótko mówiąc, kosmos nie jesi elektrycznie obojętny i przejawia znaczną aktywność elek*tromagnetyczną. Stany Zjednoczone są miejscem, gdzie są pieniądze, więc na razie wygrał Chapman.Studentów kierunków nauka o kosmosie, astrofizyka i fizyka naucza się bardzo prostego problemu. Chodzi o to, że jeśli weźmiemy ładunek i umieścimy go w prze*strzeni kosmicznej, to bardzo szybko - można nawet obliczyć jak szybko - otoczy się, nie pozwalając, aby był widzialny elektrycznie w jakiejkolwiek części kosmosu. To własność osłonowa i jeśli występuje pole magnetyczne, z jakiegoś powodu wokół obiektu dzieje się to samo, będziemy mieli efekt plazmatyczny. I właśnie to jest jednym z powodów, dla których nasza grawitacja znana jest pod postacią siły całkowicie niezależnej od elektro*magnetyzmu, ponieważ te elektromagnetyczne siły są tak ekranowane, że grawitacja "widzi poprzez nie".
W tym stanie rzeczy Chapman, jak gdyby wygrał te teoretyczną batalię. Tak wiec od dziesiątków lat mamy do
49 (3)
czynienia z ligą Chapmana i jego fizyka jest podawana we wszystkich podręcznikach, w następstwie czego wszyscy studenci wyrastają w przekonaniu, że kosmos jest elekt*rycznie obojętny, zaś świeżo upieczony magister niewiele ma do powiedzenia, aby móc to zmienić. Ze mną było podobnie. Tyle że ja zdałem sobie sprawę, i chyba nikt z tych ludzi poza mną, że dane, które zaczęły napływać z sond kosmicznych, nic zgadzają się z teorią. Kosmos okazał się aktywny elektromagnetycznie i to w znacznym stopniu.
Wszystko to działo się w roku 1979, kiedy byłem młodym asystentem na Uniwersytecie Cornella i miałem dostęp do wszystkich danych nadchodzących z sond Voya-ger i Pioneer, kiedy leciały w kierunku Jowisza i Saturna. Było to jeszcze, zanim NASA zdała sobie sprawę, że musi trzymać te dane w tajemnicy przed ludźmi takimi jak ja, którzy interpretują je inaczej, niż by sobie tego życzyli.
A dane mówiły coś zupełnie innego. Obserwowano bardzo dziwne zjawiska elektromagnetyczne: szprychy w pierścieniach Saturna, potężne wyładowania elektrycz*ne, pierścieniowe prądy o natężeniu milionów amperów przepływające wokół planety. Zjawiska, które po prostu nie mają sensu w myśl obowiązują*cych teorii. Potem był protonowy wiatr. Tym, co przykuło moja uwa*gę, było to, że wiatr protonowy wydobywał się, zarówno z Jowisza, jak i Saturna, a jest to zjawisko, które obserwujemy tylko na Słoń*cu. Interesujące, że dostrzegli tyl*ko wiatr protonowy, a nie zauwa*żyli wiatru elektronowego neutra*lizującego ten pierwszy.
Tak więc wyglądało na to, że kosmos nie był tym, czego się spo*dziewali. Spodziewali się, że Jo*wisz będzie zmarzniętą na kość kulą wodorową, bardzo sterylną, a tak nie jest. Jest on niesamowicie dynamiczny, posiada potężne pole magnetyczne. Tak więc, kiedy
udali się na Wenus, kiedy zwrócili się ku innym planetom, okazało się, że są zupełnie inne, niż się spodziewali.
Tak się złożyło, że w tym czasie byłem na Uniwer*sytecie Cornella i miałem już skompletowaną większość założeń i danych do mojej pracy na temat inkluzji pól elektromagnetycznych i mechaniki ciał niebieskich. Rozu*miałem, skąd się to bierze. Kiedy zobaczyłem napływające dane. rozpoznałem to. To jest coś, o czym żaden z tych facetów od chapmanowskiej fizyki nie ma najmniejszego pojęcia. Wciąż starali się interpretować to, co obserwują, jako zjawiska grawitacyjne.
W tym czasie studiowałem również komety jako uzupe*łnienie tego, co robiłem. Zrozumiałem, że komety nie mogą być brudnymi "kulami śnieżnymi", jak się je nazywa. Było dużo danych wskazujących na to, że komety od*działują elektrycznie ze Słońcem oraz że zaobserwowano wokół nich elektryczne wyładowania. Wówczas nie wie*działem, co wywołuje te elektryczne pola, ale miałem przeczucie, że przyczyna musi wiązać się ze Słońcem. Wiedziałem, że komety oddziałują ze Słońcem i że jądro komety zostaje naładowane ujemnie.
Wtedy wreszcie, w latach 1979-1980, dotarło do mnie, że to musi być wynik różnicowych pływów w wietrze słonecznym. Inaczej mówiąc, w wietrze słonecznym było więcej protonów niż elektronów. To nasunęło mi wizję
nowego modelu syntezy. Zdałem sobie sprawę, że synteza musi zachodzić w słonecznej atmosferze, a nie w jądrze. Wtedy zrozumiałem, że korona elektronów otaczająca Słońce jest w rzeczywistości przestrzenią nadatomową oraz że Słońce poniżej jej jest dodatnio naładowane, zaś elektrony korony sprawiają, że Słońce wydaje się z ze*wnątrz naładowane ujemnie.
To bardzo złożone zjawisko, to, w jaki sposób słonecz*ne wiatry otwierają dziury w koronie i wystrzeliwują na zewnątrz za sprawą elektrostatycznego przyspieszenia protonów w czasie ich ruchu przez koronę. Właśnie dokładnie to obserwujemy. Tymczasem cały czas, nawet jeszcze teraz, NASA utrzymuje, że energia słoneczna pochodzi z jego jądra. Nic bardziej błędnego.Kiedy byłem na Uniwersytecie Cornella, poznałem Hansa Bethe, fizyka noblislę. który stworzył obowiązujący do dzisiaj model Słońca, Bethe przyjaźnił się z Albertem Einsteinem i obaj dostali Nagrody Nobla. Bethe został nagrodzony w dziedzinie chemii za opracowanie zrozu*miałego modelu syntezy, którym się obecnie posługujemy, zgodnie z którym reakcje łańcuchowe powodują powsta*wanie większych atomów i wydzielanie ciepła. To właśnie on wykonał wstępne obliczenia ciepłoty Słońca i innych rzeczy, które zgadzają się z tym, co obser*wujemy.
Usiadłem i zacząłem z nim roz*mawiać na ten temat. Powiedzia*łem mu, że układ słoneczny musi być aktywny elektrycznie oraz że komety nie mogą być kulami brud*nego śniegu. Patrzył na mnie i wte*dy zrozumiałem, że o tym wie, podobnie jak Einstein. Wiedział też, że... jedną z ostatnich rzeczy, jaką zajmował się Einstein przed śmiercią, było bardzo uważne stu*diowanie prae Velikovsky'cgo, po*nieważ wiedział, że w ogólnej teo*rii względności brak czegoś wiel*kiego, a konkretnie pola elektro*magnetycznego. Nie może być tak. że grawitacja wpływa na światło, zaś pola elektromagnetyczne otaczające gwiaz*dy nie wpływają na nie. Wiedział, że te czynniki nie zostały uwzględnione w ogólnej teorii względności i właśnie nad tym pracował tuż przed śmiercią. Hans Bethe powiedział mi, że Einstein starał się rozwiązać właśnie ten problem. Powiedziałem mu: "Mam kłopoty z publikowaniem. Odrzucają moje prace. Czy może mi pan coś poradzić?" W odpowiedzi odrzekł: "Niech pan spróbuje publikować w niemieckich pismach". Tak też zrobiłem. Moje prace zaczęto w końcu publikować w Holandii.
Martin: Interesujące, więc w końcu musiał pan udać się za morze..
McCanney: Tak, były dwa magazyny wydawane w Ho*landii: Astraphysics & Space Science (Astrofizyka i nauka o przeestrzeni kosmicznej) oraz The Moon & The Planets (Księżyc i planety). Kontakty z nimi zawdzięczam Hansowi Bethe.
Martin: Wygląda na to, że dobrze panu poradził.
McCanney: Tak, tyle że kiedy ten materiał ujrzał światło dzienne, ludzie z Uniwersytetu Cornella zdębieli. Martin: Z jakiego powodu?
McCanney: Ponieważ używałem szyldu Uniwersytetu Cornella i jednocześnie stosowałem niechapmanowską fizykę z przypisanym do niej szyldem Uniwersytetu Cor-
50 (4)
nella. Tego nie mogli ścierpieć i kiedy w końcu dotarli do moich wszystkich prac i przepuścili je przez swój Wydział Nauk o Przestrzeni Kosmicznej, zdali sobie sprawę, że moje prace potwierdzają hipotezy Velikovsky'ego.
Carl Sagan, profesor emeritus Katedry Astronomii Donalda Duncana, który to tytuł uchodzi za bardzo ekskluzywny na Uniwersytecie Cornella, był tym, który najbardziej zaszkodził Velikovsky'emu. Dziwki temu zys*kał sławę. Niewielu ludzi wie, że to on przewodził kruc*jacie przeciwko Velikovsky'emu, który sprzedał miliony książek na całym świecie. Sagan oskarżał go, że podawaf się za geologa, naukowca specjalistę od planet, astronoma itd., aby dowieść, że jego tezy w żadnym przypadku nie mogą być prawdziwe. Dzięki temu dostał program Cosmos, był rzecznikiem środowiska astronomicznego, które pogrzebało Velikovsky'ego. I oto w zaledwie dwa lata później pojawiam się na Uniwersytecie Cornella i wyko*rzystuję ich dane, aby udowodnić, że Velikovsky miał rację.
SKUTKI PRZELOTU "PLANETY X"
Martin: Pomówmy jeszcze trochę o "Planecie X". Wiem, że nie lubi pan wypowiadać się na temat ram czasowych, ale czy ma pan jakieś pogląd na ten temat? Mamy rok spokoju, czy może sto lat?
McCanney: Tego nie wiem i właśnie po to organizuję wspo*mnianą ekspedycję.
Martin: Zatem nie ma pan w tej chwili poglądu na ten temat?
McCanney: Prywatnie mam, ale obawiam się wypowiadaniu w sprawie dat, bo ludzie chwytają potem za słowa.
Martin: A bardziej ogólnie?
McCanney: No dobrze. Powiem tak, kometa Hale-Boppa, NEAT i pozostałe pięć, które oglądaliśmy w lutym... widzieliśmy, że pięć komet bardzo zbliżyło się do Słońca. Pierwsza to Kudo-Fujikawa, druga - NEAT IV, kolejnej nie nadano nazwy - nadleciała kierując się w bok Słońca z prędkością około 160 milionów km/h, no i była jeszcze jedna mała kometa, jądro, która skierowała się w Słońce, ta u dołu z lewej strony zdjęcia. NEAT przeszła niżej. Uważa się, że jest to obiekt, który oddzielił się od NEAT i poszedł w dół, wszedł w słoneczną flarę, tam gdzie te wielkie, przypominające balon, długie pasma plazmy wychodzą ze Słońca. To w reakcji na uderzenie tego obiektu.No, ale pana pytanie dotyczyło Planety X. Indianie t. plemienia Hopi wierzą, że kometa Hale-Boppa (1995) była Niebieską Kachiną, która była prekursorem wyprze*dzającym Planetę X o dziesięć lat. Te dziesięć lat jest tu terminem bardzo względnym. Chodzi o to, że jeśli kometa Hale-Boopa była towarzyszem "Czegoś Wielkiego" 4200 lat temu - tle wynosi cykl, a nie 3600 lat - wówczas to "Coś Wielkiego" będzie tu w ciągu najbliższego dziesięciolecia.
I druga sprawa. Ludzie koncentrują się na planecie X lub Nibiru. Chodzi mi o to, że ja badam obiekty pozasłoneczne. NEAT nie pasowała na przykład do nicze*go, co widzieliśmy przedtem. Była to kometa zupełnie nowego rodzaju, tak więc nie sposób powiedzieć, czy była związana z Nibiru, czy też nie.
Martin: Więc jest to zupełnie nieznany obiekt?
McCanney: Tak. I stąd logiczny wniosek: jeśli pojawił się nagle, ni stąd ni zowąd, to czy, ni stad, ni zowąd, może
pojawić się jeszcze jeden i zbliżyć się do Ziemi, i wpłynąć na nią? No i w ten oto sposób dochodzimy do "od*działywania na odległość". To coś niekoniecznie musi w nas uderzyć. NASA ciągle powtarza: "Jeśli to coś w nas uderzy". Nie! To wcale nic musi w nas uderzać.
Gdyby ta flara uderzyła w nas, gdyby wystrzeliła i po*szła za NEAT, to byśmy zobaczyli. Za pięć lat mnóstwo ludzi umierałoby na raka, ponieważ rozsadziłaby naszą magnetyczną tarczę i każdy, kto w tym momencie byłby zwrócony ku Słońcu, zostałby przypieczony.
Dimitriew powiedział mi, że w latach dziewięćdziesią*tych była flara słoneczna, która uderzyła w Ziemię. My [USA] znajdowaliśmy się w tamtym momencie, w momen*cie gdy pole magnetyczne zostało wyzerowane, po nocnej stronie. Rosja była zwrócona ku Słońcu i właśnie obser*wują narastanie przypadków raka będącego wynikiem tej flary.Martin: To zadziwiające i prowadzi na obszary, na których może pan nie czuć się wygodnie. Moja żona chciałaby jednak wiedzieć, jaki wpływ w najbliższych la*tach będą miały te wibracyjne zmiany na ludzi.
McCanney: Powiedziałbym, że dwojakie. Na całym świecie daje się odczuwać silne tendencje polaryzacyjne.
Są ludzie, którzy podnoszą swoją
świadomość i coraz lepiej rozu*mieją nasze miejsce w kosmosie, to, że musimy pokojowo współ*działać, zaprzestać beztroskiego używania bogactw mineralnych naszej planety. Musimy zapewnić przyszłość następnym pokole*niom. Ci ludzie zostaną wyniesieni i będą porozumiewać się na wyż*szym, niemal mentalnym, ducho*wym poziomie, rozumiejąc, że nie można tolerować na Ziemi mało*stkowych wojen i zużywać na nie
wszystkich naszych zasobów.
Po drugiej slronie znajduje się globalna organizacja, która kontroluje cały świat i utrzymuje go w zasadzie na poziomie niewolnictwa. Ta organizacja i rodzinne elity staną się jeszcze gorsze w swoich działaniach. Ci ludzie są zdecydowani dalej toczyć wojny i siać zniszczenie.
Martin: Porozmawiajmy jeszcze o zmianie miejsc bie*gunów Ziemi i w jaki sposób te zmiany wpłyną na nasze pole magnetyczne?
McCanney: Po pierwsze, pole magnetyczne Ziemi jest błędnie rozumiane. Większość tego pola jest rezultatem prądów, które przepływają wokół Ziemi. Nie powoduje go
51 (5)
jakiś rodzaj magnesu znajdujący się w jądrze Ziemi. Pole magnetyczne, które nie pochodzi z naszego jądra, stałego składnika tego pola, jest bardzo luźno związane z żelazem i niklem. Ono nie jest podobne do pola małego magnesu, jakim bawiliśmy się w dzieciństwie. Większość naszego pola magnetycznego istnieje w formie prądów elektrycz*nych obiegających naszą planetę oraz w słonecznym wiet*rze, w pasie Van Allena, a także w innych formach, i z tego właśnie względu zbliżenie się do Ziemi komety o silnym polu elektromagnetycznym może wywrzeć na nas bardzo duży wpływ.
To dobry moment, aby wspomnieć, że Rosjanie prze*prowadzili kilka lat temu badania płodów i doszli do wniosku, że te jeszcze nie narodzone płody dostrajają się do elektromagnetycznego rytmu kosmosu. Rosjanie byli świadomi elektromagnetycznej natury środowiska, pod*czas gdy na Zachodzie wciąż się powtarza: "Coś takiego nie istnieje".
Potem wykonali badania statystyczne ustawień planet i temu podobnych spraw - pokrewnych astrologii - i przeko*nali się, że istnieje bardzo wyraźny związek między człowie*kiem, jego życiem, sposobem, w jaki funkcjonuje, a pozycja*mi planet. Ustalili to nie tylko na przykładzie danych odnoszących się do człowieka, ale także do roślin i zwierząt.
Przekonali się, że coś w tym jest, ale nie rozumieli, dlaczego tak się dzieje. Kiedy jednak zdali sobie sprawę, że wszystkie planety rozładowują słoneczny kondensator, który tworzy się wokół Słońca za sprawą nadmiaru proto*nów w wietrze słonecznym, zauważyli też. że kiedy planety ustawią się w jednej linii, wpływa to na wzrost przepływu prądów, zaś kiedy wiele planet ustawi się w linii prostej, przepływ tych prądów rośnie stukrotnie.
I tak na przykład, kiedy Księżyc przechodzi w fazę nowiu, przez krótką chwilę blokuje wiatr słoneczny, a kie*dy potem się odsuwa, wiatr słoneczny uderza i przełamuje nasze pole magnetyczne, wywierając potężny nacisk na naszą atmosferę. Fazy nowiu i pełni są okresami, kiedy Ziemia załamuje się pod potężną nawałą elektromag*netycznego naporu, stąd te wszystkie efekty, jakie wtedy obserwujemy.
Kiedy do systemu słonecznego wchodzi duża kometa, przełamuje słoneczne pole elektryczne i ukierunkowuje energię na Słońce, jak to zaobserwowaliśmy, i wtedy pojawia się coś, co nazywam polaryzacją. Ludzie, którzy starają się podnieść swoją świadomość, wznoszą się na jeszcze wyższy poziom, zaś ci ukierunkowani na wojny jeszcze zajadlej walą w bębny nawołujące do nich. Właśnie taką sytuację obserwujemy obecnie.Martin: Jak pan sądzi, czego ludzie doświadczą? Czy będzie więcej chorób, większe niezrównoważenie, czy są jakieś teorie w tej sprawie?
McCanney: Pomówmy o prądach strumieniowych5 i pogodzie. Wszystko będzie bardziej nieprzewidywalne. Już to obserwujemy. Obserwujemy znacznie większe wa-
hania temperatur niż zwykle. To samo będzie odnosiło się do ludzi. Ludzie, którzy tak naprawdę nie potrafią siebie kontrolować, staną się jeszcze bardziej nieprze*widywalni, ci, którzy są trochę niezrównoważeni, staną się bardziej niezrównoważeni, a ludzie zrównoważeni staną się jeszcze bardziej zrównoważeni. To jest proces polaryzacji. Nikt nie będzie już znajdował się w środku, będą same skrajności.
[/b]
ETYKA NOWEJ KOSMICZNE) RASY
Martin: Wróćmy do "punktu zerowego", tematu poli*tycznie niepoprawnego.
McCanney: Oto, co, jak mi się wydaje, ma miejsce, a dowiedziałem się tego, kiedy po raz pierwszy spotkałem się z Rosjanami. Oni mówią w takich kategoriach... Dimitriew mówi o ,,domenie próżni", u nas z kolei nazywa się to "dalekim kosmosem".
Kiedy spotkałem się z Walerym Uwarowem z Państwo*wej Akademii Bezpieczeństwa Rosji, powiedziałem mu: "Tot czego nie rozumieją w tym kraju [USA], to to, że istnieje wyższy poziom koncepcji. Kiedy już się dojdzie do tego poziomu hardware'u [oprzyrządowania], jak to jest nazywane w tym kraju [USA], można wszystko skopiować, można w pełni zrozumieć, jak coś działa, ale to nigdy nie będzie działać poprawnie, jeśli ma się złe intencje". Kiedy powiedziałem to Waleremu, oczy unisty mu do rozmiarów talerzy i powiedział: "Jesteś pierwszą osobą z Zachodu, która to rozumie!"
Martin: To znaczy, że te rzeczy nie będą dopuszczalne w kosmosie w złych intencjach?
McCanney: W żadnym wypadku. Tymczasem ludzie stąd, ci od "czarnych operacji", ruszyli na Wschód, żeby namówić ludzi o wyższym poziomie świadomości, aby przybyli tu i tchnęli tę świadomość w ich program kos*miczny. To stanowi prawdziwy problem na Zachodzie, ponieważ Rosja już to zna. Rosjanie przełamali więzy takiej filozofii i posuwają się do przodu. Walery powiedział mi, że przyspieszają, że mają kontakty. Powiedział mi wprost: "Twój kraj i twój naród nie dozna kontaktu, dopóki tego nie przełamiecie". Ponieważ to jest jak ołowiany balast, który trzyma was, twój kraj, przy planecie. "Dopiero wtedy zaczniecie się rozwijać1', To było wręcz oczywiste.
Ci ludzie [Rosjanie] czynią ogromne postępy. I to nie dlatego, że mają budżet idący w setki miliardów. Do tego nie trzeba pieniędzy. Urządzenia nie są skomplikowane. Jest oczywiste, że starożytni potrafili podróżować w kos*mosie i wiedzieli, jak osłonić się elektromagnetycznie, kiedy przemierzali przestrzeń kosmiczną. Napęd też mieli elektromagnetyczny.
Martin: Czy chciałby pan dodać coś jeszcze na zakoń*czenie?
McCanney: Po pierwsze, chciałbym powiedzieć, że reszta świata znacznie wyprzedza Stany Zjednoczone pod względem świadomości oraz w postępie rozwoju gatunku ludzkiego. Po drugie, chcę zaznaczyć, że jako kraj, jako jego naród, musimy wziąć sprawy w swoje ręce i zawrócić z obecnej drogi, ponieważ od tego zależy przyszłość reszty świata. Znaleźliśmy się właśnie na etapie, który jest analo*giczny do tego, w jakim były hitlerowskie Niemcy w roku 1939 tuż przed wybuchem II wojny światowej. Niemcy nie zawrócili wtedy swojego kraju z obranej drogi... podobnie jest z nami, tyle że tym razem możemy mieć znacznie większy problem od tego, jaki stanowiła II wojna świato*wa, jeśli tego nie zmienimy.
52 (6)
O autorze:
James M. McCanney studiował fizykę klasyczną na Uniwersyte*cie St. Mary, gdzie w roku 1970 uzyskał licencjat z fizyki i matema*tyki. Przez trzy lata nauczał fizyki i matematyki w Ameryce Środkowej i Południowej, gdzie zwiedzał ruiny starożytnych miast i stanowiska archeologiczne. Następnie wrócił na studia i w roku 1971 zdobył tytuł magistra z zakresu fizyki ciała stałego, który obronił na Uniwersytecie Tulane w Nowym Orleanie. W roku 1979 wstąpił na Uniwersytet Cornella w charakterze asystenta w kated*rze fizyki, gdzie zdał sobie sprawę, że jego teoretyczna praca z zakresu elektrodynamicznej struktury układu słonecznego i wszechświata znajduje potwierdzenie w danych napływających z sond kosmicznych. Na skutek oporu środowiska astronomiczne*go wobec jego poglądów wkrótce usunięto go z tego uniwersytetu. Jego innowacyjne poglądy na fizykę plazmy oraz nowy model syntezy jądrowej zachodzącej w atmosferze słońca dostarczają podstaw do wyjaśnienia występowania pól elektrycznych i wyłado*wań oraz stanowią rdzeń jego teoretycznych modeli prawdziwej natury układu słonecznego. Więcej szczegółów na temat teoretycz*nego modelu plazmy i jej wpływu na planety, komety i układ słoneczny można znaleźć na jego stronie internetowej zamieszczo*nej pod adresem [
http://www.jmccanneyscience.com.]Przełożył Jerzy Florczykowski
Przypisy:
1. Immanuel Velikovsky (1895-1979), amerykański pisarz rosyjskiego pochodzenia, propagator odmiennych od oficjalnych poglądów na dzieje
naszej rasy i Ziemi, Po zbadaniu mitów i podań ludów basenu Morza Śródziemnego doszedł do wniosku, że niektóre z nich są odbiciem prawdziwych zdarzeń. W swojej pierwszej książce Worlds in Collision (Zderzenie światów) wydanej w roku 1950 wysuwa przypuszczenie, że w odległych czasach elektromagnetyczne zakłócenia w systemie słonecz*nym spowodowały znaczne zbliżenie Marsa i Wenus do Ziemi, co z kolei zmieniło rytm jej obrotu, nachylenie osi i pole magnetyczne. Jego później*sze książki to Ages in Chaos (Wieki chaosu) i Earth in Upheaval (Ziemia we wstrząsach), w której przytacza geologiczne i paleontologiczne dowody potwierdzające tezę, że Ziemie nawiedzały katastrofy. Kolejne książki to Oedipus and Akhnaton (Edyp i Echnaton), Ramses II And His Time (Ramzes II i jego czasy) oraz Peoples of the Sea (Ludy morza). Niechęć amerykańskiego środowiska naukowego do książki Worlds in Collision (Zderzenie światów) spowodowała, że jej wydawca musiał pod groźba bojkotu przez środowisko naukowe jego działu podręcznikowego odesłać Velikovsky'ego do innego wydawnictwa, które nie zajmowało się wydawa*niem podręczników. - Przyp. tłum.
2. Dane dotyczące przebiegu przyszłego zjawiska astronomicznego, np. obliczone przyszłe położenia planet, momenty zaćmień, momenty mini*mów blasku gwiazd zmiennych. Pierwsze zachowane efemerydy zostały opracowane już w IV wieku p.n.e. i wciąż mają zasadnicze znaczenie dla astronomów i nawigatorów. - Przyp. tłum.
3. Punkt orbity heliocentrycznej ciała niebieskiego (np. planety lub komety) położony najbliżej słońca. - Przyp. tłum.
4. Konfiguracja dwóch dat niebieskich, w której mają one jednakową długość ekliptyczną. - Przyp. red.
Od wydawcy:
Niniejszy wywiad z Jamesom McCanneyem jest nieznacznie skróconą wersją wywiadu, który ukazał się w majowym numerze magazynu Spectrum z 2003 roku (The Spectrum, PO Box 1567, Tehachapi, CA 93581, USA; poczta elektroniczna:
[email protected], strona internetowa: [
http://www.TheSpectrumNews.org).] Pełną wersję wywiadu można znaleźć na stronie [www.jmccanneyscience.com/SpectrumMay2003.htm.]