O nie zgodzę z tym, oni robili test w razie awarii lub zniszczenia pomp elektrycznych, musieli by włączyć pompy napędzane ropą (takie testy są przeprowadzane w każdej elektrowni). Kiedy przeprowadzali test poziom mocy rektora spadł prawie do 0, więc wyciągnęli pręty kontrolne, a gdy moc się podniosła włożyli je z powrotem tylko częściowo, więc moc rektora dalej rosła i doszło do widowiskowej eksplozji 
Po części jest to prawda, lecz spróbujmy się dokładnie przypatrzeć temu co inżynierowie z Czarnobyla tej feralnej nocy nawywijali. Jak wiadomo każda elektrownia, żeby pracować sama wymaga zasilania. Jeśli tego zasilania zabraknie, automatycznie włączają się generatory napędzane, jak słusznie kolega napisał, olejem napędowym (silniki diesla) Jednak zanim zaczną one pracować, mija kilkadziesiąt sekund, podczas których cały ten atomowy majdan pozbawiony jest jakiejkolwiek kontroli. Test polegał na sprawdzeniu, jaką moc wytwarzają zwalniające turbiny wyłączonych generatorów głównych, i jak długo ta moc jest w stanie podtrzymywać działanie systemów bezpieczeństwa. Można to jeszcze uprościć: Mamy rower, a w nim zamontowane przy tylnym kole dynamo, podłaczone do jednej żarówki. Rozpędzamy tylne koło, a żaróweczka świeci mocnym światłem. Załóżmy, że dopóki świeci - naszej elektrowni nic nie grozi. Jednak w pewnym momencie trzeba wyłączyć reaktor, czyli przestać kręcić pedałami. Koło zanim się zatrzyma, działa swoim rozpędem na dynamo, a ono produkuje prąd. Żaróweczka przygasa, prąd słabnie, ale nadal jest wytwarzany. O to właśnie chodziło w eksperymencie - iżynierowie zamierzali zmierzyć jak długo turbiny i generatory będą się obracały po wyłączeniu reaktora , jaką moc ma prąd wytwarzany przez zwalniające generatory oraz czy to wystarczy do podtrzymania systemów bezpieczeństwa elektrowni, zanim załączą się generatory awaryjne. Czemu rąbnęło ? Otóż problem spowodował ten, który przestał obracać pedałami tego atomowego roweru

Działanie reaktora opiera się na reakcji rozszczepienia jąder atomów. Wytwarza się przy tym masa energii, również cieplnej. Ta zaś podgrzewa wodę, która zamienia się w parę. Para obraca turbinami, turbiny generatorem, a generator wytrwarza prąd. Żeby reakcja nie przebiegała zbyt gwałtownie, stosuje się pręty moderujące, wykonane z materiału który znacznie ją spowalnia. Krócej: Im więcej prętów w rdzeniu reaktora, tym mniejsza jego moc. Jak podają źródła zmniejszanie mocy rozpoczęto po 23. Operator opuszczał pręty specjalnymi kanałami w dół. Cała sztuka polegała na tym, żeby ta nieszczęsna moc nie spadała zbyt gwałtownie, bowiem również jej niedobór mógł spowodować niekontrolowane zachowanie reaktora. Około północy do elektrowni przybyła nocna zmiana. Operator prętów na szybko przekazuje swojemu zmiennikowi informacje na temat eksperymentu, i zwyczajnie idzie do domu. Zmiennik, aby nie doprowadzić do całkowitego wyłączenia reaktora, w momencie, kiedy osiągnie on swoją minimalną moc, przestawia automatyczny wyłącznik na tryb ręczny. Teraz jeśli coś pójdzie nie tak, to właśnie operator ma wyręczyć automat i wyłączyć reaktor. Nagle moc spada mocno poniżej dopuszczalnej normy. W tym momencie reaktor "może wszystko". Operator prętów z lekka panikuje i pyta odpowiedzialnego za cały "eksperimient" naukowca, czy wyłączyć wściekłą machinerię. Facet jednak, kierowany odwagą płynącą zapewne ze swojego kozackiego pochodzenia, każe kontynuować. Moc jest bardzo niska, więc nakazuje jej gwałtowne podniesienie. Z rdzenia wyciągana jest połowa "uspokajaczy", co całkowicie jest wbrew przepisom. Moc osiąga pewien poziom, ale nie chce rosnąć. Operator włącza wszystkie pompy chłodzące reaktor, żeby przy niskiej jego mocy uzyskać jak największą ilość pary do obracania turbin i produkcji prądu. W tym momencie warto byłoby awaryjnie reaktor wyłączyć. Wszystkie pręty poszłyby w dół, co zahamowałoby reakcję, zmniejszyło też wytwarzanie ciepła, którego teraz w rdzeniu jest nadmiar, a woda służąca do jego chłodzenia, wciąż tłoczona przez pompy po prostu się zamienia w parę. Rdzeń zaczyna się topić od gorąca, woda miesza się ze stopionym grafitem, co powoduje powstawanie dwutlenku węgla i wodoru. Czujniki nie pokazują jednak znacznego wzrostu mocy

, więc wysuwane są kolejne pręty. Czytałem gdzieś, że zaniepokojony tym operator postanowił biec do swojego zwierzchnika, który przebywał w głównej sterowni. Najkrótsza droga wiodła przez halę reaktora. Operator spojrzał na rdzeń, i zobaczył, że betonowe bloczki, którymi przykryty jest rdzeń podskakują i falują (każdy z nich ważył ponad 300 kg) Wtedy było jasne, że nie ma co kombinować, tylko natychamiast wyłączać ustrojstwo.Nagle moc rośnie do wartości ponad sto razy większej niż dopuszczalna (rychło w czas pokazało...) Wszystko świetnie... Tyle, że nie było już czego wyłączać. Pręty moderujące nie mogły spełnić swojej zbawiennej roli, bowiem kanały doprowadzające je do rdzenia powyginały się od temperatury. Wprowadzono je do połowy, bo na tyle pozwalały uszkodzenia kanałów. Pierwsza lekka eksplozja unosi pokrywę reaktora (kopuła ze zbrojonego betonu, ważąca bodajże ponad 1000 ton) Do zgromadzonego wodoru dostaje się z powietrza tlen. Tlen + wodór + wysoka temperarura= wiadomo... Jak widać, nie był to wybuch typowo atomowy, z grzybem i tym podobnymi atrakcjami. Reaktor od nadmiaru mocy zwyczajnie się ugotował, wybuchł powstały pod pokrywą wodór, po zmieszaniu się z tlenem. Stopione paliwo jądrowe, radioaktywny grafit - to wszystko leżało na dachu elektrowni obok wielkiej dziury nad zniszczonym reaktorem. Pierwsi przybyli na miejsce strażacy, bez żadnych zabezpieczeń osobistych pracowali nad miejscem, które ziało promieniotwórczością, a wspomniany grafit wrzucali do wnętrza reaktora łopatami. Większość z nich nie dożyła do końca następnego dnia... Akcja ewakuacyjna Prypeci była przeprowadzona niezwykle sprawnie - od rana do godzin wieczornych opróżniono 49-cio tysięczne miasto. Oczywiście nikt nie informował imperialistycznego zachodu o jakiejkolwiek katastrofie. Tymczasem radioaktywna chmura ruszyła w świat. Gdyby nie ona, pewnie o Czarnobylu nikt by się nie dowiedział. Awaria była większa, niż możliwości komunistycznej dezinformacji. W końcu wschód nie miał wyjścia (chmura prawie okrążyła świat) - przyznano się do wybuchu, z gorliwym zastrzeżeniem, że wszystko jest już pod kontrolą. Nie było jednak. Sarkofag zbudowany nad reaktorem zaczyna się rozpadać. Konstrukcja powstawała "na szybko". Promieniowananie było wysokie. Na razie stoi... Jak długo, nie wiadomo... Nie można mówić, że nic się nie stanie, jeśli zawali się betonowa trumna. Znów dużo pyłu pójdzie do atmosfery, a wtedy wypada tylko mieć nadzieję, że nie będzie wiać ze wschodu...